W bezkresnej pustce…

filweb2Kiedy film zdobywa sukces, wówczas jest to interes, kiedy nie ma sukcesu – jest sztuką.
Carlo Ponti.

Niegdyś na łamach nieistniejącego już magazynu literackiego „Science fiction fantasy i horror” Jarek Grzędowicz napisał, że w Polsce filmy fantastyczne robi się od niechcenia, lewą ręką, żeby wiadomo było, że to nie na poważnie. Pił wówczas do filmowego „Wiedźmina”. Trudno z tym się nie zgodzić. Przez dekady nasze rodzime produkcje science fiction można porównać do koncertu w filharmonii, gdzie muzycy postanowili zagrać utwór disco polo, z przymrużeniem oka, dając wyraźny sygnał odbiorcom, że to tylko żart i sami nigdy nie zniżyliby się do babrania się w tak ludycznej formie sztuki.
Przyczynkiem do napisania tego felietonu było zestawienie najlepiej ocenianych polskich filmów science fiction na Filmwebie. Często przeglądam bazę danych portalu bawiąc się filtrami i pewnego razu ustawiłem wyszukiwanie na: science fiction/polska. Wmurowało mnie w fotel gdy zobaczyłem TOP 10.
O ile pierwsze miejsce mógłbym obstawiać w ciemno, bo „Seksmisja” Machulskiego nie dość, że jest wyśmienitą komedią obyczajową i socjologiczną, a także parodiującą ówczesny system, to jeszcze posiada znakomite elementy science fiction inspirowane zagranicznymi filmami takimi jak „Ucieczka Logana”. Już sam fakt, że najlepszy polski film tego gatunku jest komedią można uznać za pewnego rodzaju fenomen, ale nasz kraj jest specyficzny i nasi twórcy przez lata ironią potrafili przekazać ważne treści. Więc, tutaj przeszedłbym do porządku dziennego.
Natomiast kolejne pozycje wprawiły mnie w osłupienie. Co jest nie tak z polskim kinem s-f skoro kolejne pięć miejsc okupowane jest przez krótkometrażowe filmy z serii Legendy Alegro?!
Żeby nie było. Moim zdaniem to perełki polskiej kinematografii dopracowane do perfekcji pod względem efektów specjalnych, montażu i scenariusza. Bagiński pozamiatał. Oczywiście nie może zabraknąć aspektu komediowego w tych krótkich dziełach, postmodernistycznego mrugnięcia okiem i nie do końca można to uznać, za poważne kino science fiction, ale na pewno nie jest kręcone „lewą ręką”. Profesjonalizm pełną gębą!
Serca widzów podbiły „Twardovsky” i „Twardovsky 2.0”. Science fiction w najlepszym wydaniu. Aż proszą się o film pełnometrażowy. W „Jadze” mamy scenę walki, która przyprawia o przysłowiowe „ciary” i jest o niebo lepsza od tego co dostajemy w hollywoodzkich produkcjach. Ale w tym akurat filmiku siada tempo akcji i coś jest nie tak z konstrukcją fabularną. Niemniej jednak ten trzynastominutowy film bije na głowę pełnometrażowe produkcje i jest na 4 miejscu, za „Seksmisją” i bezkonkurencyjnym Twardowskim. Następnie mamy „Operacja Bazyliszek” i „Smok”, które ustępują poprzednim, ale pomimo wszystko są to produkcje najwyższej jakości.
Czy naprawdę nie ma polskiego pełnometrażowego filmu, który mógłby to przebić? Przecież kino science fiction nieraz już udowadniało, że nie potrzeba oszałamiających efektów specjalnych, aktorskich gwiazd, niezwykłej scenografii, a wystarczy odpowiedni klimat i dobre przesłanie, żeby stworzyć hit na skalę światową. A przecież mówimy o polskim podwórku!
Spójrzmy co jest dalej. Na 7 i 8 miejscu mamy… Pana Kleksa. „Podróże Pana Kleksa” i „Pan Kleks w Kosmosie” to obrazy z lat 80’ adresowane do młodego odbiorcy. Nie będę się wypowiadał na ich temat, bo będąc dzieckiem nigdy nie przepadałem za groteskową postacią profesora Ambrożego Kleksa, a jakość filmów pozostawia wiele do życzenia.
Zatem mamy dwie bajki. I trudno w nich znaleźć jakiekolwiek wychowawcze i edukacyjne aspekty, brak im archetypowego motywu podróży i doświadczenia głównego bohatera, a sam aspekt fantastyki (nie wspominając o s-f) jest banalny i miałki.
Lećmy dalej w naszej podróży przez bezkresną pustkę polskiej kinematografii science fiction. Otóż na 9 miejscu jest „Kongres” z 2013 roku według prozy Stanisława Lema. Posiada średnią 6,5 gwiazdki, co w porównaniu ze światowymi filmami science fiction nie jest wcale dużo, ale bierzmy co nam dają. No i nawet ok., ale jest mały mankament. Okazuje się, że to film zagranicznego reżysera i próżno w nim szukać polskich aktorów. Podobnie rzecz ma się ze scenariuszem, montażem itp. W notce czytamy, że obraz został wyprodukowany przez: Belgia, Francja, Luksemburg, Niemcy, Polska, Izrael. Czy wkład Polski w ten film polegał na tym, że został oparty o twórczość polskiego pisarza?
A co zamyka TOP10? Uwaga, uwaga… „Kapitan Bomba i Kutapokalipsa”!”
Uwielbiam Bartosza Walaszka jako muzyka współtworzącego satyryczny duet Bracia Figot-Fagot, oraz filmowca, który wypuścił takie klasyki jak Kapitan Bomba, Pies Leszek i Blok Ekipa. Z jednej strony otrzymujemy satyrę, prześmiewczą konwencję i odbicie w krzywym zwierciadle naszej rzeczywistości, z drugiej zaś ordynarny, wulgarny, niesmaczny i często kloaczny dowcip. Ale Kapitan Bomba to tylko kreskówka dla dorosłych i nie zmieni tego fakt, że wiele odcinków pod względem fabuły science fiction przewyższa wszystkie powyższe filmy.
Podsumujmy. W TOP 10 polskich filmów science fiction według ocen użytkowników największego w naszym kraju portalu filmowego, mamy jedną komedię, pięć krótkich form, dwie bajki dla dzieci, kreskówkę dla dorosłych i film, w którym polski udział był minimalny.
Co jest nie tak? Pytanie czy z polską kinematografią science fiction czy z widzami, którzy dokonali takich a nie innych ocen.
Pewnie, można argumentować, że głosowanie było ludyczne i naprawdę wyjątkowe dzieła znajdziemy w dalszej części zestawienia. Tylko co to ma być? Filmy Szulkina? Niezbyt udana koprodukcja z Japończykami pod nazwą „Avalon”? Krótki romans Wajdy z kinem fantastycznym w postaci „Przekładańca”? A może „Hydrozagadka” dla wielu kultowa, dla innych kompletnie niestrawna? Bo to tak naprawdę pastisz? „Czarne Słońca” będące tak naprawdę teledyskiem? Przeintelektualizowany „Na Srebrnym Globie” Żuławskiego?
Powyższe przykłady potwierdzają tezę, że polscy twórcy filmowi boją się na poważnie zabrać za fantastykę. Boją się, że nie podołają? Bagiński udowadnia, że można. Boją się, że zostaną wyśmiani jako niepoważni twórcy? Zupełnie niepotrzebnie. Przecież światowe kino zostało zdominowane przez fantastykę! Nie ma miesiąca bez głośnej premiery jakiegoś filmu science fiction, na którego realizację poszły bajońskie sumy. Filmy fantastyczne zdobywają Oscary i inne nagrody, bardziej artystyczne. Tak! Bo można zrobić dobre, ambitne kino science fiction co w ostatnich latach udowadnia duet – Mike Cahill i Brit Marling.
Tylko jakoś nasi twórcy filmowi siedzą osamotnieni na szczycie wieży, błądząc w oparach artystycznych, przeintelektualizowanych wizjach i nawet nie spojrzą na motłoch kłębiący się na dole. A on chce porządnie zrealizowanego, ciekawego i koncepcyjnie składnego kina science fiction.

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: