orator1

Pochwała karmi sztukę.
Seneka Młodszy

Ludzie sztuki nigdy nie mieli łatwego życia. Przynajmniej w czasach, które są nam znane i udokumentowane. Kto wie? Może nieznani nam, żyjący w okresie paleolitu artyści, który namalowali słynne malowidła w jaskini Lascaux cieszyli się szacunkiem współplemieńców, otrzymywali większe racje żywnościowe i mogli zajmować się tylko tym zajęciem. Mocno w to wątpię. Poza nielicznymi wyjątkami zawody artystyczne w historii świata wiązały się zazwyczaj z frustracją. Nie inaczej jest teraz. Nie inaczej były w starożytności. Mam tutaj na myśli czasy, gdy nauczyciel zarabiał tyle samo co poganiacz mułów. Fajnie, że w ogóle coś zarabiał, bo literaci już nie.
W starożytności żaden wydawca, księgarz ani czytelnik nie płacił autorom za ich utwory. To oznaczało, że poeci, dramaturdzy i inni twórcy szeroko pojętej literatury byli zmuszeni wydawać utwory własnym sumptem. Nie były to jednak żadne, tak modle obecnie współfinansowania, ale autorzy zostawali własnymi wydawcami, marketingowcami i księgowymi.
Ówcześni pisarze musieli mieć pieniądze żeby ich dzieła ujrzały światło dzienne. Zatem zajmowali się tym tylko ludzie bogaci, którzy po pierwsze mieli kasę na publikacje, po drugie nie musieli pracować i mogli poświęcić czas na własne hobby. To spowodowało, że piśmiennictwo grecko-rzymskie reprezentuje w dużym stopniu widzenie klas wyższych. Może dzięki temu, bez myśli rewolucyjnych, tak długo utrzymywał się ład społeczny?
Pierwotną formą publikacji było głośne czytanie utworu w miejscach publicznych. Najczęściej wykorzystywano w tym celu sale i place podczas świąt, igrzysk, różnego rodzaju celebracji. Pisarze robili to osobiście lub wynajmowali specjalnych lektorów. Co ciekawe, różnego rodzaju audytoria były tłumnie odwiedzane. Publiczne czytanie i słuchanie stało się bardzo modne.
Ale już w II wieku n.e. w Rzymie dało się odczuć powszechny przesyt literacki. Nic zresztą dziwnego. Niemal każdy kogo było na to stać mógł opublikować swoje wypociny. I tym razem już w formie pisemnej. Autor czytał na głos swój tekst grupie niewolników, którzy zapisywali słowa na zwojach papirusów. Pragnąc wyłapać ewentualne błędy popełnione przez skrybów, twórca musiał sam sprawdzać każdą kopię z osobna. Można zatem śmiało powiedzieć, że ówczesny pisarz był swoim własnym korektorem.
Zapełnione zwoje miały wymiar oraz kształt tekturowej tuby i trafiały do księgarń. I podobnie jak to ma miejsce teraz na zewnątrz reklamy kusiły nowościami, w wewnątrz leżały zwoje po obniżonej cenie. Książki w formie zwojów umieszczone w tekturowych futerałach nie miały akapitów ani rozdziałów i wymagały od czytelnika użycia obu rąk. W obsłudze były trudniejsze niż dzisiejsze elektroniczne czytniki.
Nielicznym udawało się „puścić” swój utwór przez wydawcę. Ci jednak zazwyczaj koncentrowali się na jakimś rodzaju literackim – najczęściej opowiastkami dla dorosłych – lub wydawaniu kilku autorów o znanych nazwiskach, którzy kreowali ówczesne bestsellery.
O tantiemach jednak nie było mowy. Nie istniało coś takiego jak prawa autorskie. Wydawcy zawłaszczali każdy manuskrypt, który przypadł im do gustu. Znam przynajmniej jeden przypadek podobnego działania wydawcy na współczesnym rynku. Osobiście na szczęście mnie to nie spotkało, ale słyszałem o przypadku pisania tej samej książki na nowo.
Nie istniało pojęcie praw autorskich i plagiat  Kwitł plagiat na potęgę. I istniała cenzura. Liczni poeci i pisarze byli zależni od patronów, którzy zaglądali im przez ramię, mówili co mają pisać i podpowiadali tematy. Jeśli autor w utworze popełnił niedyskrecję mógł pożegnać się z intratnym sponsorem lub co gorsza narazić się na sankcje. Taki Owidiusz za „Sztukę kochania” został zesłany przez imperatora do Dacji.
Współcześnie księgarskie półki uginają się pod ciężarem książek i zapewne niedługo doczekamy czasów gdy więcej ludzi pisze niż czyta.
Mamy zatem profesjonalistów, którzy traktują pisanie zarobkowo i zdobyli już sobie grono wiernych fanów. Mają wyrobione nazwisko, piszą dużo i nie mają trudności ze znalezieniem wydawcy. Traktują pisanie jako zawód, ale kokosów na tym nie zbiją jeśli wydawca nie zrobi z tego bestsellera.
Mamy pasjonatów, którzy gotowi są nawet zapłacić żeby tylko wydać upragnioną powieść. Zazwyczaj potem są mocno zawiedzeni współpracą z firmami oferującymi usługi self publishing. Oszukani i sfrustrowani zazwyczaj dają sobie spokój.
No i mamy celebrytów, którzy postanowili podzielić się ze światem swoimi głębokimi przemyśleniami oraz barwnym życiem. Rzadko kiedy sami piszą, zazwyczaj mają do tego celu wynajętego pisarza, którzy składa do kupy ich chaotyczne myśli, ubarwia, dodaje pikanterii faktom, często wybiela i próbuje tak to poskładać żeby dało się czytać. Tacy wyrobnicy muszą się czuć jak ci starożytni pisarze, którzy pisali pod dyktando swoich protektorów.
W starożytności nieopłacany, plagiatowany i udręczony pisarz nie miał łatwego żywota. Teraz też nie jest łatwo. To mało opłacalne i niewdzięczne zajęcie. Ale jeśli się coś kocha to jest się gotowym na poświęcenia.

Reklamy