Kolejka turystów

Każda przebyta do końca droga prowadzi dokładnie donikąd. Wdrap się na górę, tylko tyle, by sprawdzić, że jest górą. Nie zobaczysz z góry z jej szczytu.
Frank Herbert – „Diuna”

Całe życie mieszkam nad morzem. Urodziłem się tu i pewnie przyjdzie mi tu umrzeć. Takie moje przeznaczenie. Nie narzekam. Kocham kolor morskiej toni, szum fal, piaszczyste plaże i porywisty wiatr z deszczem siekący po twarzy. I chociaż pogoda rzadko tutaj dopisuje, ponura jesień przyprawia o depresję, chłód zimowych dni przenika na wskroś ciało i duszę, a panująca wszędzie wilgoć staje się czasami nie do wytrzymania, to nie wyobrażam sobie żebym miał to porzucić. Czasami jednak muszę uciec, zmienić ascendent i zanurzyć się w innej energii. Dla mnie taką odskocznią są góry.
Wspinanie się na szczyty i wędrówki szlakami to nie tylko okazja to podziwiania wspaniałych widoków: skalistych grani wynurzających się zza chmur, majaczących w oddali turni, urzekających pięknem zielonych połonin, ale również do pokonywania własnych słabości. Wdrapanie się na szczyt z ciężkim plecakiem, w trudzie i znoju, to nie lada wyczyn. Potrzeba do tego kondycji, siły fizycznej, a także cierpliwości, bowiem pogoda w górach bywa zmienna i czasami należy przeczekać burzę w schronisku lub nawet zrezygnować z podejścia gdy od celu dzieli zaledwie krok.
Góry uczą nie tylko cierpliwości, ale również pokory. Potężne, majestatyczne, groźne. Powstały przed milionami lat i nadal trwają, gdy ludzie życie tak szybko przemija. Wędrując szlakami przez kilka godzin w milczeniu człowiek pozostaje tak naprawdę sam na sam ze sobą. Jego myśli nie zmącone zakłóceniami ze strony innych ludzi, telewizji, radia, Internetu są prawdziwe i czyste. To dobra okazja żeby poznać samego siebie. W pierwotnej naturze, dziczy, z dala od cywilizacji…
Niestety, czasy się zmieniły.
Poprzedni tydzień spędziłem Tatrach. Przez ostatnie lata spędzałem w górach 3 miesiące w roku ale pracując, a nie wędrując po szlakach. Ostatni raz wspinałem się na szczyty w Karpatach, a wcześniej po słowackiej stronie Tatr. Teraz, po blisko 13 latach, ponownie ruszyłem na znane mi ścieżki. Ponownie wdrapywałem się na Zawrat, Giewont, Kopę, Kasprowy Wierch, Rysy. Podziwiałem doliny, tatrzańskie lasy i połoniny. W obliczu gór liczyłem na ciszę i spokój, które zawsze niosły ukojenie przepędzając niepotrzebną gonitwę myśli . Ale nie tym razem…
Inaczej pamiętałem polskie Tatry. W wyższe partie gór wyruszali ludzie w odpowiednim obuwiu, wyekwipowani w jedzenie i wodę, odziani w kurtki lub polary w razie złej pogody. Na szlakach panowała cisza, mijający się wędrowcy pozdrawiali się zwyczajowym „cześć”, a w schroniskach spotykało się miłośników gór pochylonych nad mapami i planujących dalsze trasy. Dla wycieczek, rodzin z dziećmi pozostawały Dolina Kościeliska, Chochołowska i „rozbiegówka” do Morskiego Oka.
Tym razem na szlakach znalazłem tłok. Oczywiście świadom byłem kolejek przy wejściu na Giewont. Ale co innego słyszeć, oglądać zdjęcia, a co innego doświadczyć tego na żywo. Wejście na najbardziej popularny szczyt w polskich Tatrach nie należy do trudnych. Od strony Doliny Kondratowej i Piekła dostarcza wspaniałych widoków i trudno się dziwić, że to uczęszczana trasa. Osobiście wspinałem się tym szlakiem już pięciokrotnie. Jednak to nie niedzielny spacer po gdyńskim bulwarze lub sopockim monciaku. Stąd też moje zdziwienie gdy widziałem kobiety wspinające się w balerinkach jedynie z damską torebką przewieszoną przez ramię, młodych mężczyzn, jeszcze „wczorajszych” z butelkami piwa w rękach głośno rozprawiających o odbytej w nocy libacji, nastolatki zatrzymujące się co krok i robiące selfie,  płaczące dzieci przerażone łańcuchami, lecz rodzice ciągnęli je na szczyt.  Na szczyt, gdzie kłębi się tłum i brak zabezpieczeń nad przepaścią. No ale trzeba zrobić sobie zdjęcie i pochwalić się na FB.
Pal licho Giewont, który obecnie stał się drugimi Krupówkami, gdzie trzeba się pokazać i koniecznie strzelić focię, ale podobnie jest na innych szlakach. Na mojej ulubionej trasie Kuźnice – Kopa – Suchy Wierch  Kasprowy Wierch – Kuźnice ruch jak na autostradzie. Krzyki, śmiechy, przekleństwa i płacz dzieci. Ludzie gapią się w telefony komórkowe, nie patrzą gdzie lezą i upierają się żeby iść lewą stroną wprost pod moje nogi.
Coś się skończyło.
Rzadko ktokolwiek kogoś pozdrawia podczas mijania na szlaku. Gdzieś uciekła więź pomiędzy wędrowcami. Nie ma już tej atmosfery kontemplacji gór, zadumania nad naszym miejscem w świecie, podziwu dla majestatu natury. Facebookowa mentalność wdarła się w Tatry i wieje niczym halny wśród skalistych turni. Ważne żeby pojawić się na szczycie, zrobić sobie zdjęcie lub nagrać film, upamiętniając wiekopomną chwilę. Ale nie po to żeby do niej wracać i przywołać towarzyszące temu emocje, ale po to żeby móc pochwalić się przed znajomymi.
A przecież, jak to ładnie ujął Herbert w „Diunie”, ważniejsza jest droga niż sam cel. To wędrówka nas hartuje, przezwyciężanie trudności na szlaku budują naszą pewność siebie, doświadczamy się poprzez ból i cierpienie. Zdobycie szczytu jest jedynie nagrodą, za nasz wysiłek. Wisienką na torcie, ale nie samym tortem.
Tatrzańskie szlaki były dla mnie niegdyś świątynią, w której psychicznie odpoczywałem. Uciekałem od cywilizacji, wielkomiejskiego blichtru, wszelkiej technologii i pogrążałem w zadumie.
Oczywiście, góry nadal są wspaniałe, szlaki malownicze i cudowne. Bez względu na wszystko można zanurzyć się w pierwotnej energii kundalini i poczuć częścią natury. Jednak to już nie to samo.

Reklamy