piktografia1

Jedno tempo, moje tempo
Riddick – „Kroniki Riddicka”

W dawnych dobrych czasach, gdy kupowało się nowe urządzenie, należało liczyć się ze żmudnym ślęczeniem nad instrukcją obsługi, która nierzadko objętościowo przypominała książkę telefoniczną. Producenci dogłębnie opisywali w niej wszystkie dostępne funkcje, punkt po punkcie, uwzględniając możliwe problemy i komplikacje. Stosowano język technologiczny, ale na poziomie zrozumiałym dla człowieka, który przynajmniej osiem lat uczył się w szkole składać literki. Teraz te czasy odeszły w zapomnienie.
Przy zakupie nowego, dotykowego telefonu na próżno przetrząsnąłem cały karton, w jakim kurier mi go dostarczył, w poszukiwaniu instrukcji obsługi. Zadzwoniłem na infolinię jeszcze ze starego aparatu i dowiedziałem się, że żadna instrukcja niepotrzebna bowiem urządzenie jest, jak to mi pani powiedziała: „bardzo intuicyjne i nawet dziecko poradzi sobie z jego obsługą”. Poruszony ambicją dzielnie zabrałem się za rozpracowywanie telefonu. Po godzinie jedynie co intuicja mi podpowiadała to, żeby trzasnąć tym diabelstwem o ścianę, pozostałe po nim resztki posypać solą i dla pewności odprawić egzorcyzmy.
Symbole, obrazki, rysunki i okienka szczerzyły się do mnie informując o kolejnych aktywowanych funkcjach, a ja zupełnie nie kojarzyłem co jest czym. Czułem się jakbym trafił na statek kosmiczny obcej cywilizacji i próbował uruchomić napęd z pulpitu sterowniczego, na którym migają dziwne znaki.
Najgorsze jest to, że pani na infolinii miała rację. Dziecko ogarnie telefon w kwadrans, instalując na nim wszystkie potrzebne aplikacje, a także te zupełnie niepotrzebne zaśmiecające pamięć, ale dające dużo frajdy.
Podobna sytuacja spotkała mnie niedawno z filtrem do wody. Do nowego wkładu dołączona była instrukcja, a jakże, obrazkowa. Na pierwszym rysunku ujrzałem dłoń trzymającą wkład i strzałki wskazujące w górę i dół. Zmrużyłem oczy, wytężyłem cały intelekt, wysunąłem język, bo jak doskonale wiadomo pomaga to w twórczym myśleniu i po dziesięciu minutach wykoncypowałem, że chodzi o zwykłe wstrząśnięcie pojemnikiem! A wystarczyło napisać: POTRZĄŚNIJ. Następne rysunki dostarczyły mi kolejnych rebusów, które  wcale mnie nie ubawiły.
Podobną sytuację miałem z fotelem obrotowym, który sobie kupiłem żeby w lepszym komforcie pisać kolejne powieści. Instrukcja obsługi nie zawierała ani jednego słowa! Tylko obrazki. Przy niektórych postawiono krzyżyk oznaczający nieprawidłowe użytkowanie, przy innych ptaszek, sugerujący właściwe korzystanie z mebla. Graficzna informacja o tym że nie należy jeździć fotelem jeśli się na nim nie siedzi zawierała całą stronę.
Gry planszowe to jedno z moich hobby. W zamierzchłych czasach trzeba było uważnie czytać karty, opisy na planszy, doszukiwać się mikroskopijnych napisów na żetonach i wertować na okrągło opasłą instrukcję. Przy takim „Gwiezdnym kupcu” należało nawet zapisywać sobie informacje na osobnych kartkach, samemu zliczać zyski z potencjalnych transakcji, a na modułowe zbudowanie swojego statku kosmicznego nie starczała strona zapisów. Współczesne gry planszowe odchodzą od słowa pisanego i zastępują go ikonami, które oznaczają co i kiedy można wykonać. Znajdą się tacy, którzy powiedzą, że ułatwia to grę, bo rysunki są symboliczne i intuicyjne. A co jeśli ktoś ma zupełnie inne skojarzenia?
To tylko niektóre z przykładów, gdzie obrazki wypierają tekst. Na każdym kroku widzimy postępujące zmiany. Na ulicach, w centrach handlowych, w komunikacji miejskiej, sprzęcie gospodarstwa domowego, a nawet w Internecie.
Zacząłem zastanawiać się co ze mną jest nie tak? W pierwszym momencie pomyślałem, że to może kwestia tego, że moje życie zawsze związane było ze słowem pisanym. Zdobyłem tytuł magistra z zarządzania jakością i przez kilka lat pracowałem w zawodzie zajmując się procedurami, księgami jakości, instrukcjami stanowiskowymi i obrotem dokumentacji. A potem zostałem pisarzem i słowa to dla mnie habitat gdzie poruszam się jak ryba w wodzie. Następnie pomyślałem, że problemem może być mój wiek. Pamiętam czasy, gdy komendy ręcznie wpisywało się do systemu operacyjnego komputera, a strony internetowe tworzyło się w notatniku. Nad pierwszą spędziłem cały miesiąc wbijając kody od rana do nocy. Obecnie zajęło mi to kilka minut wciskając odpowiednie… ikony.
W filmie „Kroniki Riddicka” główny bohater podczas ucieczki z więzienia na Krematorii mówi do ludzi, których prowadzi: „jedno tempo, moje tempo”. Ten, który zostanie w tyle umiera. Takie są prawa natury. Okrutne, ale selekcjonujące najsilniejszych i najlepiej przystosowanych. Czy w takim razie ja jestem takim outsiderem? Nie nadążam za współczesnym światem? A może to ze światem jest coś nie tak?
Zanim powstało świadome pismo człowiek wyrażał swoje myśli i komunikował się za pomocą obrazków. Ale epoka pisma piktograficznego, gdzie znaki przedstawiały rzeczy oraz zdarzenia przeminęły z dawnymi cywilizacjami. Ale już Sumerowie wynaleźli pismo klinowe, które dało przyczynek Fenicjanom do opracowania alfabetu. Od kilku tysięcy lat człowiek posługuje się słowem pisanym, z każdym wiekiem mamy coraz więcej ludzi, którzy potrafią czytać, a my nagle wracamy do piktogramów! Dlaczego?
Odpowiedź wydaje się prosta. Badania wskazują, że ludzie nie rozumieją tego co czytają. Większość społeczeństwa nie potrafiło odczytać instrukcji obsługi, więc trzeba było dostosować je do ich poziomu. W ten sposób sankcjonując lenistwo i wygodę.
Najpierw ulegamy roszczeniom uczniów, którzy mają zbyt wiele do nauki, potem studentom, dla których trzy egzaminy na semestr to już zbyt duże obciążenie, aż wreszcie konsumentom, dla których obcy jest wysiłek intelektualny. Oczekują, że Riddick zwolni tempo i na nich zaczeka. I cholera, tak się właśnie dzieje…

Advertisements