universal monsters

Bóg w swym miłosierdziu uczynił człowieka pięknym i ponętnym, na własny obraz i podobieństwo, moja zaś postać jest plugawą odmianą twej własnej, tym straszliwszą, że tak bardzo do niej podobną.
Mary Shelley – „Frankenstein”

W kinach króluje najnowsza „Mumia” z Tomem Cruisem w roli głównej. Obraz teledyskowy, pełen dynamiki i akcji, z odrobiną tajemnicy i romansu, jakby twórcy do jednego kotła wrzucili kilkadziesiąt pomysłów z najróżniejszych gatunków oczekując, że wyjdzie z tego smakowite danie. Trudno w tym wszystkim wskazać poetykę opowieści, znaleźć klucz wedle którego należy odczytywać przekaz i odpowiednio nastroić swój aparat poznawczy. I tak jest z większością filmowych hitów ostatnich lat. A ja zastanawiam się gdzie podziała się magia kina?
W pierwszej połowie XX wieku kanon gatunku grozy wytyczały Universal Monsters. Pod tym hasłem kryje się seria horrorów wyprodukowanych przez Universal Studios od lat dwudziestych do pięćdziesiątych poprzedniego wieku, których wyznacznikiem była obecność tak zwanego „potwora”. Można te filmy kochać i uważać za arcydzieła (jak autor tego felietonu) lub archaiczne gnioty. W tym drugim wypadku trudno się dziwić, bowiem filmy sprzed prawie stu laty trącą „myszką”, a groteskowe potwory wywołują pobłażliwy uśmiech zamiast strachu. Jednakże mają w sobie coś czego nie posiadają współczesne „potwory”. To pewien rodzaj charyzmy, dzięki której do dnia dzisiejszego są obecne w popkulturze i posiadają status „kultowych”.
Złotą erę potworów otwiera „Dzwonnik z Notre Dame” (1923) z niesamowitym Lonem Chaneym w roli Quasimodo. Później przyszedł czas na „Upiora w Operze” (1925) z tym samym aktorem w roli głównej. Ale to dopiero za sprawą „Draculi” (1931) potwory Universal Monsters wypłynęły na głęboką wodę. W tytułowego wampira miał się wcielić ponownie Chaney, ale zmarł na raka krtani i rola przypadła emigrantowi z Węgier – Beli Lugosi. Rolę Drakuli odtwarzał jeszcze w kilku filmach i tak się z nią identyfikował, że prosił żeby go pochowano w wampirzej pelerynie. Po sukcesie filmu ogłoszono go nową gwiazdą studia i Hollywood. Ale nie na długo…
Jeszcze w tym samym roku na ekrany kin wszedł nowy film Universalu i  był to „Frankenstein”. Rolę monstum chciano powierzyć Beli Lugosi ale ten odmówił, gdy dowiedział się, że będzie miał charakteryzację zasłaniającą większość twarzy. Tego typu problemów nie miał Borys Karloff, który okazał się nową gwiazdą studia. Podobnie jak Dracula, monstrum Frankensteina weszło już do filmowego kanonu, a także zadomowiło się w popkulturze. I trudno rozstrzygnąć, który z potworów jest bardziej popularny? Ich wizerunki rozpoznawalne są na całym świecie. I można śmiało założyć, że ich pierwowzory czyli powieści Stokera i Shelley wynurzyły się z niebytu. A wszystko to dzięki Universal Monsters.
A potem przyszedł czas na „Mumię” z Borysem Karloffem. Wcielił się w rolę Imhotepa, który próbuje przywrócić do życia swoją ukochaną. Uważam, że to jeden z najlepszych filmów Universalu. Groza przeplata się w nim z atmosferą tajemnicy, opowieść snuje się powoli wraz z oparami unoszącej się wszędzie starożytności. Postać odgrywana przez Karloffa była niejednoznaczna i tragiczna, a sam aktor przeszedł samego siebie.
Ameryka oszalała na punkcie filmów Universalu i na punkcie potworów z ich stajni. Nie mogło ich zabraknąć na festynach, na szkolnych występach, dzieci przebierały się za ulubione maszkary.
Studio postanowiło pójść za ciosem i zaczęły powstawać kontynuacje: Narzeczona Frankensteina (1935), „Córka Draculi” (1936), Syn Frankensteina (1939), „Ręka Mumii” (1940) „Grobowiec Mumii” (1942), „Dom Frankensteina” (1944), „Dom Draculi” (1945). Do tego doszedł nowy potwór, a był nim wilkołak. W „Wilkołaku” (1941), główną rolę zagrał Lon Chaney Jr– syn zmarłego gwiazdora z pierwszych filmów Universalu.
Lata pięćdziesiąte to przede wszystkim seria komediowych filmów gdzie Abbott i Costello spotykają różne monstra ze stajni Universalu. Wydawać by się mogło, że parodiowe podejście obedrze potwory z narosłej wokół nich legendy. Ale tak się nie stało. Może aura mroku i tajemniczości nieco opadła, ale za to zyskały popkulturowego wymiaru.
„Potwór z Czarnej Laguny” (1954) można uznać za ostatni z tej popularnej serii. Samo monstrum nie zdobyło takiej sławy jak poprzednicy, ale sama postać jest charakterystyczna i ma również swoje miejsce w kinematografii i ogólnie pojętej popkulturze.
Niezaprzeczalnie Universal Monsters miały w sobie pewien urok, któremu trudno się oprzeć. Może dlatego, że tak naprawę czujemy do nich empatię? Budzą naszą grozę ze względu potworność postaci, zło jakie czynią, ale jednocześnie są tak podobni do ludzi. Targają nimi silne emocje, potrzeba miłości i akceptacji, oraz złość i nienawiść gdy zostają odrzucone. Posiadają nadprzyrodzone zdolności, ale również wady, które je ograniczają.
Rozumiemy je. Cały ból egzystencjalny, groteskowość istnienia. Boimy się ich, a jednocześnie współczujemy. Czego się nie da powiedzieć o współczesnych filmowych potworach. A może monstra się zmieniły, bo świat się zmienił?

Reklamy