Wiedźmin1

Lepiej zginąć, niż żyć ze świadomością, że zrobiło się coś, co wymaga wybaczenia.
Andrzej Sapkowski – „Krew Elfów”

Z fantasy mi nie po drodze. Nigdy nie było. Uważam, że lepsze rzeczy znajdziemy studiując historię: ciekawsze intrygi dworskie jak choćby te z okresu Bizancjum, epickie bitwy jeśli przyjrzymy się takim strategom jak Aleksander Macedoński czy Napoleon, zapierające dech w piersiach kampanie wojenne jak choćby ta przeprowadzona przez Hannibala Barkasa, a także paladynów, walecznych wojowników i niepokonanych herosów jakimi byli polscy rycerzy z początku XV wieku. Recepturą na dobrą fantasy jest znajomość historii oraz zachodzących procesów społeczno-politycznych. I dlatego uznaję tylko trzech twórców tego gatunku: Robert E. Howard, J.R.R. Tolkien i Andrzej Sapkowski.
Po raz pierwszy zetknąłem się z wiedźminem na łamach czasopisma „Fantastyka” w 1986 roku. Opowiadanie mnie zachwyciło. Sprawnie napisana fantasy łącząca w sobie elementy heroizmu z poetyką westernową, a wszystko polane postmodernistycznym sosem. Potem przyszły kolejne opowiadania drukowane w „Fantastyce”. Co ciekawe, ja zorientowałem się, że to ten sam setting i bohater dopiero po trzecim. Ale wówczas naprawdę było co czytać i w jednym miesiącu przebijałem się przez dziesiątki opowiadań i kilka książek.
W roku 1993 wiedźmińskie opowiadania ukazały się formie książek, w dwóch zbiorach opowiadań. I to była czytelnicza uczta. Było w nich wszystko co gwarantuje sukces. Świetnie skonstruowani bohaterowie, wartka akcja, twisty fabularne, spora dawka humoru i uniwersalne zagadnienia zmuszające do zadumy. Wiedźmin szybko zdobył uznanie wśród wszystkich czytelników, nie tylko fantastów. Ja sam propagowałem opowiadania Sapkowskiego wśród znajomych, którzy nie czytali w ogóle fantastyki. Zaskoczyło!
Polska literatura wreszcie miała swojego herosa, który mógł równać się z howardowskim Conanem. Wiedźmin wdarł się przebojem do świadomości czytelników, a po ukazaniu się sagi,  mieczem wyrąbał sobie miejsce w popkulturze. Szybko stało się jasne, że na literaturze się nie skończy. Musiał powstać film.
O obrazie „Wiedźmin” w reżyserii Marka Brodzińskiego napisano już wszystko. Pomimo tego, że od czasu premiery minęło szesnaście lat, to nadal pozostaje obiektem żartów i kpin. Dobrze pamiętamy kiepski montaż, słaby scenariusz, rozsypującą się fabułę, ohydną scenografię, gumowego smoka, elfy przypominające Indian, aktorów wyciągniętych wprost z sitkomów, którzy nie za bardzo wiedzieli w czym grają. Jedynie Michał Żebrowski w roli Geralta prezentował się naprawdę przyzwoicie i muzyczne tło skomponowane przez Ciechowskiego. Zamiast wielkiego sukcesu była totalna klapa. Ponoć w Czechach film został dobrze przyjęty. Cóż, „Wiedźmin” trochę „czeski film” przypominał.
Przyczyny porażki filmu upatruję w mentalności artystycznej naszych twórców. Mamy to nieszczęście, że funkcja ludyczna kinematografii polskiej praktycznie nie istniała. W okresie socjalizmu można było robić tylko kino artystyczne lub propagandowe. Fantastyka zawsze była traktowana jako opowieści o „zielonych ludzikach”. Fantaści gdy to słyszeli wpadali we wściekłość i wykazywali, że w Polsce ta dziedzina sztuki miała ambitniejszy wydźwięk niż na zachodzie. To prawda. Mieliśmy naukowego Lema, socjologicznego Zajdla, a pod koniec komuny filozoficznego Dukaja. I może właśnie to odżegnywanie się od rozrywkowej fantastyki było błędem…
Obecnie większość filmów produkowanych przez Hollywood to fantastyka. Próżno tam szukać ambitnych obrazów, rządzą ratujący świat superbohaterowie i kosmiczne strzelaniny. Jeśli chcemy obejrzeć coś „głębszego” w tej dziedzinie lepiej sięgnąć po kino niezależne lub seriale, ale to temat na zupełnie inny felieton. Ale w Stanach Zjednoczonych literatura fantastyczna zawsze była pulpowa tak jak kryminały i romanse. I nikt tam z tego powodu nie ma żadnych kompleksów. U nas już tak.
A w szczególności twórcy filmu „Wiedźmin”. Stwierdzili, że jak już robią fantasy to musi to być tandetne poczynając od scenariusza, poprzez dialogi, a na scenografii kończąc. A przecież proza Sapkowskiego to już sam w sobie dobry scenariusz filmowy. Wystarczy żywcem przekopiować dialogi, pokierować scenariusz zgodnie z linią fabularną, a efekty specjalne zrobić komputerowo – od tego mamy doskonałych specjalistów. I może wreszcie marzenia fanów się spełnią…
„Wiedźmin” dzięki grze komputerowej zyskał sobie rozgłos nie tylko w Polsce, ale również w świecie. I stało się. Dwa dni temu Netflix ogłosił, że pracuje nad nowym serialem, którego fabuła ma być oparta na cyklu wiedźmińskim. Producentem ma być Tomasz Bagiński – doskonały animator nominowany do Oscara za „Katedrę” i ponoć sam ma wyreżyserować przynajmniej jeden odcinek, a Andrzej Sapkowski ma być konsultantem. Twórcy deklarują, że adaptacja będzie wierna oryginałowi i na serial przeznaczony jest wysoki budżet. Brzmi bajecznie!
Powiadają, że nie powinno się wchodzić dwa razy do tej samej rzeki. Ale jeśli raz jeszcze ma zostać zekranizowany „Wiedźmin” to jest ku temu najodpowiedniejszy moment. Po pierwsze czytelnicy wciąż pamiętają opowiadania i powieści, ale następne pokolenie już będzie znało tylko grę. Po drugie, właśnie teraz gra bije rekordy popularności. Po trzecie nastał czas seriali, to one przyciągają największą rzeszę fanów fantastyki. Po czwarte mamy Bagińskiego! To wszystko pozwala mieć nadzieję, że wreszcie zobaczymy świetny serial o Geraltcie z Rivii.
Zagraj to jeszcze raz, Sam, tylko tym razem zrób tak żeby było dobrze.

Reklamy