cyfrowi gladiatorzy

Nikt nie zostaje sportowcem tylko i wyłącznie dlatego, że jest wysoki, silny lub szybki. Tym, co czyni kogoś sportowcem jest praca, praktyka, technika.
Carlos Luis Zafon

Cztery lata temu jak grom z jasnego nieba spadła wiadomość, że zapasy wylecą z programu igrzysk olimpijskich. Miały je zastąpić takie dyscypliny jak wakeboarding i wushu. W tym pierwszym sporcie zawodnik płynie na powierzchni wody na desce trzymając się liny ciągniętej przez łódź. Mianem wushu natomiast określa się chińskie sztuki walki i jak można się domyślić mają to być pokazy rodem z klasztoru Szaolin. I właśnie te egzotyczne dyscypliny miały zastąpić na Olimpiadzie jeden z najstarszych sportów świata poprzedzających jeszcze kulturę hellenistyczną. W światku sportowym zawrzało. Czy słusznie?
Umówmy się, zapasy nie są sportem widowiskowym. Dwóch spoconych facetów w kostiumach cyrkowych siłaczy rodem z XIX wieku, obłapia się, sapie i dyszy. Dla kogoś kto zupełnie się tym sportem nie interesuje przypomina to gejowskie porno. Dla znawców natomiast to wspaniały pokaz techniki, siły, zwinności i sprytu. Te wszystkie dźwignie, duszenia, błyskawiczne kontry robią wrażenie. Podobnie rzecz ma się z sumo… ale za bardzo zbaczamy z tematu.
Musimy powiedzieć sobie jasno. Igrzyska olimpijskie nie są organizowane dla sportowców. W zapomnienie odeszła szczytna idea barona de Coubertina, w której na piedestale stawiał  wychowanie współczesnego człowieka poprzez hartowanie ducha i pokojową rywalizację. Tak naprawdę igrzyska robione są dla widzów i reklamodawców, a sportowcy są tylko pionkami w tej grze, gladiatorami, którzy mają wyjść na arenę i stworzyć widowisko. I tak jak starożytni gladiatorzy niegdyś, tak sportowcy teraz stają się idolami tłumów, marionetkami w rękach specjalistów od marketingu i PR, a potem, gdy już się wypalą, a ich sława przeminie, szuka się następców, którzy przyciągną przed telewizory nowych widzów.
I w tym kontekście zapasy zupełnie się nie sprawdzają. Odpowiedzcie szczerze, jak często zdarza wam się oglądać zapasy? Ja przyznam, że tylko podczas igrzysk. A ten sport naprawdę jest fascynujący! Nie znam jednak żadnego klubu sportowego prowadzącego sekcję zapaśniczą, nie wiem jak wyglądają turnieje, ani nie znam zawodników ze światowej czołówki. Co prawda podobnie ma się sprawa z wakeboardingiem i wushu, ale to może się wkrótce zmienić.
Można odnieść wrażenie, że dla MKOL-u rekordy finansowe stały się ważniejsze niż sportowe. Komercjalizacja igrzysk olimpijskich stała się faktem i nic z tym już nie można zrobić. Szczytne idee po raz kolejny przegrały z biznesem. I w sumie to nic złego. Nie zapominajmy, że w starożytności olimpiady nie miały nic wspólnego z „czystością” sportu, a były brutalną areną zmagań, dopingu i ciemnych interesów. Zainteresowanych tematem zapraszam do mojego felietonu „Na olimpijskiej bieżni i dopingu”.
Proces zmian dyscyplin olimpijskich zachodzi od lat i trudno się dziwić, że te mało widowiskowe jak zapasy,  czy pięciobój nowoczesny, już wkrótce zostaną zastąpione przez mniej klasyczne, ale bardziej atrakcyjne.
Dorzuciłbym do tego jeszcze e-sport, który na świecie zdobywa coraz większą popularność. W skrócie polega to na tym, że zawodnicy rywalizują grając w gry komputerowe. Śmieszne? Dlaczego? Przecież mamy zawody sportowe w szachach czy brydżu. A taki Hearthstone jest przecież grą karcianą wymagającą takich samych umiejętności co brydż. Tylko, że zamiast na stoliku gramy na komputerze. Nie wiem ilu ludzi na świecie grywa w brydża, ale szacuje się, że w Hearthstone gra ponad 50 milionów!
Podobnie jest z innymi popularnymi grami elektronicznymi jak League of Legends, World of Warcraft, World of Tanks czy DOTA. Organizowane są mistrzostwa świata i turnieje przyciągających olbrzymią ilość graczy oraz widzów. Transmisje on-line ściągają przed ekrany tłumy. Największa historyczna pieniężna pula nagród została zgromadzona w turnieju Intenational 2016 w grze DOTA 2 i wyniosła ponad 20 milionów dolarów! Mamy zawodowych graczy i streamerów, którzy na kanale Twitch pokazują jak grają, bo ludzie chcą ich oglądać. Co więcej, sami im płacą w formie subskrypcji i dotacji. Czy to nie genialne rozwiązanie ekonomiczne?
Szacuje się, że w roku 2019 e-sportem będzie interesować się 345 milionów osób dlatego już teraz kluby sportowe zainteresowały się zjawiskiem. Dwa lata temu Besiktas wykupił turecką drużynę grającą w League of Legends, a za ich przykładem poszły takie tuzy Schalke 04 i Valentia. Obecnie niemal każdy klub otwiera sekcję e-sportu, a Polska wcale nie zostaje w tyle. W marcu tego roku Legia Warszawa stworzyła sekcję, a z tego co słyszę inni też nie zasypują gruszek w popiele. Tym bardziej, że mamy naprawdę dobrych zawodników w tej dziedzinie i już sporo sukcesów.
Gdy mówimy o sporcie mamy przed oczami zawody lekkoatletyczne, mecze piłkarskie, siatkarskie, maratony, kolarstwo i inne dyscypliny wymagające sprawności fizycznej. Ale czasy się zmieniły i e-sport aspiruje do miana pełnoprawnej dziedziny sportu. I pomimo tego, że zawodnicy siedzą w wygodnych fotelach i klikają w myszkę, to tak samo jak inni sportowcy szlifują swoje umiejętności, ciężko trenują i jeżdżą na zawody żeby zdobywać doświadczenie.
Poprzez Internet załatwiamy większość naszych spraw, realizujemy się zawodowo i towarzysko, co jeszcze dwadzieścia lat temu było nie do pomyślenia, dlaczego więc nie możemy uprawiać sportu? W starożytności nasi przodkowie oklaskiwali gladiatorów na krwawej arenie, nasi rodzice oklaskiwali sportowców na olimpiadach, a my oklaskujemy komputerowych graczy.

 

Reklamy