starożytni kibole

Studiowanie historii przygotowuje raczej do rozumienia teraźniejszości, niż do uciekania od niej w zamierzchłą przeszłość.
Elizabeth Kostova

Niegdyś poruszałem już temat pseudokibiców w kontekście socjologicznym. Wskazałem na potrzebę budowania wspólnoty plemiennej jako pierwotnego instynktu, obrzędów paramagicznych i przeniesienia średniowiecznych turniejów rycerskich na ustawki. Dzisiaj chciałbym znowu poruszyć ten temat, ale w  innym kontekście. Zwykło się uważać, że kibole to stadionowi chuligani i skandalem jest wykorzystywanie ich w celach politycznych. Okazuje się, że to wcale nie taka nowość, ale żeby to stwierdzić musimy przenieść się przeszłość.Już w starożytności Hipodrom – czyli stadion był stałym źródłem niepokojów. W starożytnym Rzymie, a potem również w Bizancjum istniały cztery stronnictwa cyrkowe (kluby): Niebiescy, Zieloni, Biali, Czerwoni. Nazwy pochodziły od barw, w jakich woźnice powożący rydwanami występowali podczas wyścigów. Można powiedzieć, że to barwy klubowe. Oczywiście każde stronnictwo miało swoich kibiców. Podczas igrzysk zajmowali osobne miejsca na widowni i to w zwartych szeregach. Czyli współczesny „młyn”. Dawali upust wszelkim emocjom, skandując wołania godzące czy to w stronnictwo przeciwne, czy też w osobę panującego i przedstawicieli władzy. Podobnie mamy teraz. Ale często na samych okrzykach się nie kończyło. Ale o tym za chwilę.
Bizantyjskich kiboli łatwo było rozpoznać na ulicy już po samym stroju i uczesaniu. Z przodu głowy mieli wygolone, ale z tyłu zapuszczali bujne włosy spadające na ramiona. Nosili też długie wąsy i brody. Ubierali się na bogato i z fantazją. Mankiety mieli mocno ściągnięte, ale barwne rękawy rozdęte bufiasto. Dzięki temu byli dobrze widoczni na trybunach, kiedy machali rękami, zagrzewając swoich zawodników do boju. Wdziewali również odpowiednie płaszcze i buty. Przy nich współcześni kibole wyglądają szaro i ponuro.
Stronnictwa istniały nie tylko w stolicach imperiów ale również w innych większych miastach, odgrywając wszędzie ogromną rolę i nie tylko podczas igrzysk. Naturalną bowiem koleją rzeczy stronnictwa cyrkowe stały się głównym wyrazicielem postaw i nastrojów społecznych.
Zwykle z błahych, przypadkowych przyczyn dochodziło do zamieszek, ogarniających cały stadion i przenoszących się na ulice miasta. Walczyły wtedy albo wojska z jednym ze stronnictw, albo też stronnictwa pomiędzy sobą.
Wówczas państwo nie tylko liczyło się i godziło z faktem istnienia owych ugrupowań, ale nawet uznało je za organizacje oficjalne. Kluby kibica miały polityczne zaplecze. Kierownictwa ich były mianowane i aprobowane przez władze. Istnieje też pozytywny aspekt, który można wykorzystać współcześnie. W razie potrzeby wciągano stronnictwo do prac przy budowie murów oraz służby w straży miejskiej.
Rozróby w miastach wszczynane przez pseudokibiców to nic nowego. W Konstantynopolu podczas pogańskiego święta zwanego Brytaj − swoistego karnawału połączonego z tańcami i zabawami na ulicach doszło do utarczek i walk pomiędzy zwolennikami dwóch zwaśnionych cyrkowych stronnictw, w wyniku których zginęło ponad 3000 osób.
W roku 498 prefekt miasta rozkazał uwięzić kilku nazbyt gorliwych Zielonych, którzy rzucali kamieniami podczas igrzysk. Skąd my to znamy? Stowarzyszenie natychmiast wszczęło tumult domagając się uwolnienia swoich kibiców. Cesarz odmówił i doszło do rozruchów. Kamienie posypały się nawet na lożę władcy. Straż cesarska zasiekła najbardziej agresywnych napastników, ale rozszalały tłum w odpowiedzi podłożył ogień pod bramę hipodromu.
W syryjskiej Antiochii Zieloni obrabowali i podpalili synagogę żydowską. I wcale nie był to atak rasistowski. Po prostu tamtejsi Żydzi sprzyjali Niebieskim. Rozpętały się zamieszki, w których zginęło wielu ludzi. Cesarz wysłał do Antiochii nowego komesa, który dał specjalne uprawnienia służbom porządkowym. Kiedy jednak w trakcie tłumienia zamieszek ktoś ze stronnictwa Zielonych został zabity u stóp ołtarza w kościele, doszło do prawdziwego powstania. Wybuchły liczne pożary, zamordowano prefekta, a komes musiał uciekać.
I oczywiście ówcześni kibole mieli olbrzymi wpływ na politykę. Władcy musieli się z nimi liczyć. Okazywali łaski wybranym przez siebie stronnictwom cyrkowym. Rozdawali urzędy ich członkom, obsypywali pieniędzmi i przymykali oczy, kiedy ci dopuszczali się nadużyć, popełniali przestępstwa, wywoływali burdy. I wykorzystywali ich do politycznych waśni.
Ale czy można stronnictwa cyrkowe uznać za partie polityczne? Raczej nie. Należy pamiętać, że owe kluby kibica nie miały żadnych określonych, konkretnych i dalekosiężnych programów. Rzucały tylko doraźne hasła, żyły emocjami, stawały do walki o błahe sprawy lub zupełnie przypadkowe. Przeciw władzy, urzędom, służbom, lub po prostu przeciw temu, co chciało rywalizujące stronnictwo. Jednakże niezaprzeczalnie stronnictwa cyrkowe miały wpływ na władzę i życie społeczne.
Dlaczego zatem współcześnie zjawisko pseudokibiców traktujemy rozdzielnie? Marginalizujemy ich ruch, nie rozpatrujemy w szerszym kontekście, wciskając ich tylko i wyłącznie w aspekt kryminalny. Ktoś kiedyś wyciągnie wnioski z historii i wykorzysta subkultury kibicowskie do własnych celów.
A może już się tak stało? Tylko my jeszcze tego nie dostrzegamy.

Reklamy