kurtyzany2

Hic habitat felicitas (łac.) – tu mieszka szczęście
inskrypcja na portykach rzymskich burdeli

Niedawno przy redakcji drugiego wydania cyklu krzyżackiego otrzymałem zapytanie redakcyjne o jedno z określeń na prostytutkę jakiego użyłem w powieści. Nie chcąc popełnić anachronizmu ponownie sięgnąłem do źródeł żeby to sprawdzić i lektura tak mnie pochłonęła, że powstał materiał na ten krótki felieton.
Życie seksualne od początku dziejów jest istotnym elementem życia człowieka. Elementy seksualne były integralną częścią pierwotnej sfery religijnej o charakterze płodnościowym i chtonicznym. A pierwsze wzmianki o najstarszym zawodzie świata związane są z prostytucją sakralną. W starożytnym Sumerze zajmowały się nią „kobiety sterylne”, czyli prawdopodobnie bezpłodne, które zostawały małżonkami wszystkich mężczyzn uprawiając z nimi seks w świątyniach na cześć bogini Innany. Prostytucja sakralna obejmowała również „wypożyczanie” żon i do świątyni, na określony czas, a datki składane przez pielgrzymów również trafiały do męża.
Po podbiciu południowej Italii Rzym znalazł się pod wpływem kultury greckiej, a jednym z oznak było pojawienie się zawodowych kurtyzan. Rzymianie nigdy nie uważali płatnej miłości za coś występnego, a traktowali jako naturalne uzupełnienie życia erotycznego. Zainteresowanie kurtyzanami wykazywali zwłaszcza młodzi obywatele, którzy ze względu na brak środków finansowych nie mogli sobie pozwolić na posiadanie stałej partnerki. Ograniczone możliwości płatnicze  powodowały, że stać ich było na rzadkie wizyty u profesjonalistek. Rodziło to liczne frustracje wśród młodzieńców, tym bardziej że „panienki” umiejętnie podsycały ich żądze. Typowym widokiem był młody mężczyzna czekający po zmroku przed domem wybranki. Ale nie było pieniędzy, nie było seksu. Okrutne. Często rozpalony żądzą młodzieniec usiłował siłą sforsować drzwi lub okna, ale wówczas w ruch szły pałki, kamienie, pięści opiekunów.
W okresie upadku Republiki nastąpiło tak znaczne rozluźnienie obyczajów, iż wydawało się że w Rzymie zabrakło miejsca dla kurtyzan. Na co komu profesjonalistki skoro wokół tyle „uczynnych” kobiet, uległych niewolnic (lub jak kto woli niewolników) oraz służby domowej? A przecież prostytutki były muzami dla takich poetów jak Albius Tibullus zakochany w pięknej kurtyzanie Delii, z którą chciał się nawet ożenić. Jednak za namową otoczenia zaniechał zamiaru i ruszył na wojnę. Po powrocie do Rzymu, zorientował się, że Delia, o zgrozo, nie czekała na niego! Załamany poeta wyjechał z armią do Galii, gdzie znalazł na krótko pocieszenie w ramionach niejakiego Maratusa – męskiej prostytutki i nieszczęśliwy szybko sczezł.
Ale wracając do tematu moich poszukiwań odpowiedniego słowa. Średniowieczna łacina nie znała terminów, ściśle odpowiadających dzisiejszym pojęciom prostytutki i prostytucji. Na określenie tego zjawiska używano terminu mereticia, na język polski tłumaczone jako „nierząd”, a osobę trudniącą się tym zawodem: meretrix – nierządnica. W myśl definicji rzymskiego prawnika Ulpiana, która wywarła wpływ na średniowieczną teorię prostytucji, proceder ten charakteryzował dwa elementy: współżycie z każdym chętnym, oraz współżycie w celach zarobkowych.
Jednak według średniowiecznych moralistów gratyfikacja finansowa nie stanowiła jedynej cechy prostytucji i prawnicy prowadzili długie dysputy ilu partnerów wystarczy żeby kobietę uznać za prostytutkę! Ponoć liczba ta to w niskiej granicy około 40. Według statystyk współcześnie średnia ilość partnerów seksualnych w życiu waha się pomiędzy 7-14, w zależności od kraju.
I tak pod pojęciem prostytutki w średniowieczu uważano nie tylko kobiety zajmujące się tym procederem na skalę komercyjną, ale również kobiety „lekkich obyczajów”, które często zmieniały partnerów.
W Polsce nierządnice określano często mianem „zła dziewka” lub po prostu „kurwa”. Co ciekawe drugi z tych wyrazów nie miał tak wulgarnego zabarwienia jak współczweśnie i w księdze sądów możemy przeczytać o „kurwach” i „kurwich synach” jako przynależności do określonej grupy społecznej. Wydaje się, że „zła dziewka” w średniowieczu było gorszą obelgą.
W późniejszych czasach stosowano takie określenia prostytutki jak: gamratka, paniduszka (śliczne, nieprawdaż?), a także kurewka, kurwiczka, kurwię, kurwiszcze. Stręczyciela zaś określano mianem: kurwiasz, kurwigospodarz, porobnik, zamtuznik, rufijan. Na wsi na prostytutkę wołano: „przypłotnica” – zdaje się od miejsca uprawiania zawodu. A może nazwa pochodzi od Przypołudnicy – żeńskiego demona znanego na północy Słowiańszczyzny? To brzmi o wiele lepiej.
Bardzo często pokutuje przekonanie, że w średniowieczu Polska była krajem zacofanym pod wieloma względami, a już szczególnie swobody obyczajowej. Prawda jest zupełnie inna i nawet słynne „dzieci kwiaty” z amerykańskiej kultury kontestacyjnej otwierałyby oczy ze zdumienia. To w Europie Zachodniej panował ciemnogród, hipokryzja, dominował fanatyzm religijny i rozpętało się polowanie na czarownice.
Dla przykładu w latach 1349-1360 za stręczycielstwo wypędzono z Auksburga 190 osób, w Norymberdze zaś właśnie ta grupa zawodowa najczęściej stawała przed sądami. Natomiast w Krakowie nie zanotowano żadnego takiego przypadku. Na represję zdecydowano się tylko raz, gdy w roku 1398 wypędzono prostytutki z trzech domów na Gródku. Dalsze badania historyczne jednak wskazują, że decyzja miała charakter ekonomiczny, a ich profesja była tylko pretekstem. Domy potem trafiły w ręce jednego właściciela.
Z zapisów w księdze proskrypcji wynika, że prostytucja w średniowiecznym Krakowie karana była tylko wówczas, jeśli przekraczała pewne normy jak w przypadku niejakiej Anny córki Kyrchinbernera, która została wygnana za posiadania drogich futer, które były zapłatą za incestus, co można rozumieć jako czyn kazirodczy lub po prostu niemoralny. Czynem niemoralnym określano współżycie z duchownymi, lub na cmentarzu… za co w 1382 roku została wygnana niejaka pani Nora. We współczesnej Polsce jest gorzej pod tym względem, bowiem prawo zakazuje uprawiania seksu nie tylko na cmentarzach, ale w miejscach publicznych.
Słynne już jest orzeczenie dominikanina Jana Falkenberga teologa z Akademii Krakowskiej, gdy zwrócili się do niego rajcy z pytaniem czy można zaakceptować istnienie nierządnic. Ten odpowiedział sofistycznym traktatem, że prawo boże zakazuje takich praktyk, z drugiej zaś powołując się na świętego Augustyna, stwierdził że ludzkie prawo  pozwala na to, bowiem dopuszczalne jest zażegnywanie większego zła mniejszym. Jakże dyplomatycznie!
Miasto jednak nie powinno czerpać z tego korzyści. Tymczasem w Krakowie i innych dużych miastach w Polsce istniały „oficjalne domy publiczne” poddane pewnym formom kontroli ze strony miasta, a obok istniała szara strefa: prostytutki działające na własny rachunek, usługi erotyczne dziewcząt zatrudnionych w łaźni, sponsoring, a także dorywcza działalność zwykłych kobiet zmuszonych do procederu sytuacją materialną.
Od wieków nic się w tym względzie nie zmieniło i nie zmieni się. Istnieją dwa najstarsze zawody świata: żołnierz i prostytutka. I istnieć będą tak długo, jak istnieć będzie ludzkość, bo zawsze będziemy się zabijać i uprawiać seks. To nasze determinanty czy się to komuś podoba czy nie. To nas napędza, pcha do przodu, sprawia, że jesteśmy kreatywni.

Reklamy