uroboros

Nie chodzi o to, co skąd zabierasz – chodzi o to gdzie zabierasz.
Jean-Luc Godard

Zgodnie z żelaznym paradygmatem artysta powinien być oryginalny. Wymaga się od niego aby stworzył coś nowego, odkrywczego, wyjątkowego. Czy jednak możliwe jest powstanie takiego dzieła, samoistnego, oderwanego od wszystkiego co już było? Czy w naszych czasach, przesiąkniętych popkulturą pełną kopii, zapożyczeń i cytatów jest miejsce na nową jakość? I co ona oznacza?Przekonanie, że wszystko już było nie jest nowe. I nie mam tutaj na myśli apokatastasis czyli koncepcji filozoficznej „wielkiego powrotu”, bo to materiał na zupełnie inny felieton i fajny przyczynek do rozważań o sensie naszego istnienia. Dzisiaj chciałbym poruszyć temat inspiracji i rodzenia się pomysłów artystycznych.
W dobie nadprodukcji twórczości i jej wszechobecnej promocji za pomocą różnorakich mediów, w tym coraz bardziej rozpowszechnionych – mediów społecznościowych, spotykamy się z twórczością opartą na zapożyczeniach z istniejących już dzieł. Jeśli jest to robione świadomie i często podane w postmodernistycznym sosie jako forma wyrafinowanej gry z odbiorcą, a raczej jego aparatem poznawczym − to chwała twórcy. Wówczas dzieło zyskuje poprzez kontekst i intertekstualność.
Najlepszym przykładem jest tutaj branża filmowa. We wielu filmach widzimy swoistą grę kulturową z widzem poprzez żonglowanie cytatami z innych filmów, wyjętych scen, co stanowi swoiste mrugnięcie okiem do odbiorcy potrafiący odczytać komunikat. Fajnie to widać w animacjach, które teoretycznie przeznaczone są dla młodszych widzów, ale dzięki zabiegom postmodernistycznym wiele scen zostaje skonstruowanych na dwóch poziomach odbioru. Dla dzieci i dla dorosłych, którzy dzięki większemu doświadczeniu widzą w nich dodatkowy aspekt i odbierają kontekst.
Ale najczęściej mamy do czynienia z zapożyczeniami nieświadomymi, gdy twórca nawet nie zdaje sobie sprawy, że czerpie pełnymi garściami z obejrzanych filmów, przeczytanych książek, obrazów, które gdzieś tam widział i  muzyki, która kiedyś mu wpadła w ucho. I gdy zwróci mu się uwagę obraża się, lub załamuje ręce i stwierdza, że skoro już wszystko było to jego działalność nie ma najmniejszego sensu. A to nieprawda.
Na prowadzonych przeze mnie warsztatach pisarskich od razu na początku tłumaczę uczestnikom, że nie wymyślą żadnej oryginalnej historii, której już nie było. Archetypy zostały zawarte w starożytnych mitach i wszystko co do naszych czasów powstało, to tylko wariacje na temat opowiedzianych już przygód. Relacje międzyludzkie? To samo. Powiecie, że czasy się zmieniły. To prawda, ale nie ludzka mentalność. Starożytni tak samo kochali, nienawidzili, bali się. Emocje są niezmienne. Wojny, romanse, wędrówki. Wszystkie są do siebie podobne. Co zatem robić?
Nie unikniemy inspiracji i zapożyczeń. Możemy napisać te same historie ubierając je w inną scenografię, dodać nowe motywy, inaczej poprowadzić bohaterów, albo uwypuklić wątki poboczne, które nas bardziej interesują.
Często tak mam po przeczytanej książce lub obejrzanym filmie, że czuję niedosyt, bo jakiś wątek drugoplanowy był dla mnie ciekawszy niż metaplot. Wówczas mam ochotę napisać o tym opowiadanie, powieść, larpa. Albo czuję niedosyt, bo opowiedziana historia nie tak powinna się potoczyć jak ja tego chciałem. I to nie jest wina twórców. Oni podają swoją koncepcję, która mi się spodoba lub nie, bo każdy ma swój gust. Ale my możemy to zrobić inaczej.
I nie ma co się przejmować, że nie jesteśmy oryginalni. W filmie „Rejs” inżynier Mamoń mówił, że podobają mu się te melodie, które już raz słyszał. Podobnie jest ze wszystkimi ludźmi. Odbiorcy muszą dostać coś co już znają, co jest głęboko zakorzenione w ich świadomości lub nieświadomości. W tym drugim przypadku mamy do czynienia z archetypami – wzorcami nadrzędnymi bez względu na rasę, rozwój cywilizacyjny i kulturę. Paradoksalnie one są sprzymierzeńcami twórców. Jeśli wymyślimy odjechany świat, niesamowitych bohaterów, ubierzemy to w fantastyczna scenografię, to na początku wywołamy efekt WOW! Ale nic poza tym. Wszystkie najpopularniejsze działa literackie lub kinematografii oparte są o najprostsze historie, a bohaterowie są standardowi i schematyczni.
Nie przypadkowo w serii „Star Wars” planety przypominają znane miejsca na Ziemi −  pustynny Tatooine, lodowy Hod, tropikalny Endor, a losy bohaterów klasyczny mit z archetypem wędrówki. George Lucas nie silił się na wymyślanie skomplikowanych i niezwykłych światów, bo wiedział, że odbiorca ich nie zaakceptuje. Woli to co już znane.
Niegdyś w czasopiśmie literackim „Nowa Fantastyka” czytałem opowiadanie, gdzie w świecie przyszłości wszystko już było jeśli chodzi o kulturę. Powstało tak wiele dzieł, że nie sposób było stworzyć niczego oryginalnego, a za nowość uważano coś co było w zaledwie w 10% różne. Może współcześnie przyszło nam żyć w takich czasach?
Internet spowodował, że  jesteśmy zalewani najróżniejszymi formami sztuki i mamy do niej nieograniczony dostęp. Jednakże większość z tego to: przeróbki, miksy, pastisze, fanfiki.
Czy współczesny artysta ma jeszcze szansę stworzyć coś co czego jeszcze nie było? Raczej nie. Czy to znaczy, że niczym mityczny wąż Uroboros pożeramy własny ogon? Też nie, bowiem nie ważne skąd czerpiemy inspiracje, a ważne co i jak, z tym zrobimy.

Reklamy