Artist’s impression of the TRAPPIST-1 planetary system

Gdybyśmy byli sami w kosmosie, byłoby to okropne marnotrawstwo przestrzeni.
Carl Sagan

Astronomią interesowałem się już w czasach, gdy Plutona uważano za pełnoprawną planetę Układu Słonecznego, a obce systemy planetarne pozostawały jedynie w sferze marzeń lub wizjach twórców science fiction. Na letnich biwakach siadałem nocą na łące, zadzierałem głowę i z namaszczeniem szeptałem nazwy gwiazd od czasu do czasu zerkając do atlasu nieba żeby sprawdzić ich typ widmowy, wielkość i inne parametry. Zastanawiałem się jak mogą wyglądać hipotetyczne planety krążące wokół nich. Czy jest możliwe zaistnienie życia na globach skąpanych w blasku czerwonych karłów, niebieskich olbrzymów, pulsarów, cefeid? Ale najważniejsze pytanie brzmiało: czy w ogóle w tym wielkim kosmosie istnieją jakieś planety, czy może nasz układ jest fenomenem?
Z uwagi na znikomą ilość światła odbijanego przez globy w porównaniu z tym emitowanym przez macierzystą gwiazdę i brak odpowiednich metod badawczych, astronomowie bardzo długo nie potrafili udowodnić istnienia planet poza naszym układem. Już w XIX wieku pojawiły się doniesienia o odkryciu ciał niebieskich krążących wokół innych gwiazd. Naukowcy swoje teorie opierali na zaobserwowanych anomaliach bądź posługiwali się astrometrią. Obecnie wszystkie te doniesienie uważane są za błędne.
Doskonale pamiętam pewien kwietniowy dzień 1992 roku, gdy ogłoszono, że polski radioastronom Aleksander Wolszczan wraz ze swoim zespołem odkryli trzy planety pozasłoneczne w układzie pulsara PSR 1257+12. Dla większości ludzi była to po prostu naukowa ciekawostka, dla mnie, miłośnika astronomii, zapalonego fantasty – otwarcie bram Niebios.
I nie miało znaczenia, że system oddalony niemal tysiąc lat świetlnych od nas, a emitowane przez pulsar promieniowanie sprawia, że życie tam nie jest zapewne możliwe, ważny był sam fakt, że Układ Słoneczny nie jest wyjątkiem.
Przez kilka lat układ odkryty przez zespół Wolszczana był jedynym znanym poza naszym systemem słonecznym. Astronomowie bardzo starali się odkryć planety krążące wokół „normalnych” słońc, co dałoby szansę na znalezienie globu ziemiopodobnego. Udało się to dopiero w 1995 roku. A potem już poszło lawinowo i obecnie możemy naliczyć kilka tysięcy odkrytych planet.
Zaskoczeniem dla uczonych była olbrzymia różnorodność pozasłonecznych układów planetarnych. Odkrywano „gazowe olbrzymy” krążące bliżej swoich gwiazd niż Merkury, albo na orbitach wydłużonych tak jak orbity komet w Układzie Słonecznym. Natrafiano na „gorące jowisze”, gdzie zachodzi parowanie atmosfery, migrujące „gorące neptuny”, „lodowe olbrzymy”, „gazowe karły” i oczywiście „planety skaliste”, które nas interesują najbardziej, bo to właśnie na nich mogą znajdować się warunki niezbędne do życia.
Jeśli glob znajduje się w ekosferze, czyli strefie wokół macierzystej gwiazdy, gdzie mogą panować warunki fizyczne i chemiczne (a to zazwyczaj oznacza wodę w stanie ciekłym) umożliwiające powstanie, utrzymanie i rozwój organizmów żywych, to jest szansa, na to, że spotkamy tam „braci w rozumie” lub planetę skolonizujemy. To byłoby coś!
Dwa dni temu NASA zwołała konferencję prasową, gdzie ogłoszono odkrycie  kolejnych skalistych egzoplanet krążących wokół TRAPPIST-1. Razem ma ich być teraz siedem. Co w tym niezwykłego, spytacie? Podobne globy już zaobserwowano, jak choćby w układzie Gliese 581 (niepotwirdzone do końca). Tutaj jednak mamy do czynienie z kilkoma planetami, których orbity przebiegają bardzo blisko macierzystej gwiazdy, o wiele bliżej niż w naszym układzie, ale to nie ma znaczenia bowiem TRAPPIST-1 świeci słabiej niż Słońce. A co najważniejsze planety zaskakująco przypominają Ziemię i na wszystkich może znajdować się woda w stanie ciekłym!
Możemy być niemal pewni, że w kosmosie istnieją światy takie jak nasz. Planety może zamieszkałe przez obce rasy i mielibyśmy wtedy „pierwszy kontakt”, który otworzyłby nam nowe horyzonty, lub skończyłby się wojną. Cóż, jak pokazują hollywoodzkie filmy, istnieje takie ryzyko. A może znajdziemy planety dziewicze, z bujną roślinnością, z cudownie czystymi oceanami, nadające się do kolonizacji? I media sugerują, że są one na wyciągnięcie ręki. Czyżby?
Od układu TRAPPIST-1 dzieli nas zaledwie 40 lat świetlnych. Zaiste, w skali wszechświata to tuż za rogiem, ale dla ludzkości, to na obecną chwilę przepaść raczej nie do pokonania. Z prędkością światła w jedną stronę lot trwałby czterdzieści lat. Zbadanie planety i powrót to prawie cały wiek. Pomijam tutaj relatywizm czasu i nawet nie ma się co w niego zagłębiać, bo teoretycznie obiekt nie jest w stanie osiągnąć prędkości światła zachowując swoją masę. O ile mi wiadomo największą prędkość udało się osiągnąć sondzie Juno, która korzystając z masy Jowisza mknie z szybkością 74 km/s. Nieźle co? Lot na TRAPPIS-1 zajmie nam w jedną stronę tylko 180 tysięcy lat!
Nie wątpię, że ludzkość się rozwinie i nowe technologie pozwolą nam na eksplorację kosmosu. Może dzięki EM Drive, o którym niegdyś pisałem, a może odkryjemy jak wykorzystywać wormhole lub hiperprzestrzeń, albo zniesiemy ograniczenia fizyki. Gorąco w to wierzę i trochę żałuję, że prawdopodobnie nie doczekam tych czasów. Wycieczka na TRASPPIS-1 byłaby wymarzonym urlopem.
Na razie jednak pozostaje nam science fiction i patrzenie z nostalgią w gwiazdy.

Reklamy