ucieczka-od-wolnosci1

Wolna myśl, swobód mit
Wata, którą możesz sobie uszy zatkać
Kobranocka – „Hippisówka”

Pięć lat temu głośno było o    A.C.T.A – porozumieniu wielostronnym mającym ustalić międzynarodowe standardy w walce z naruszeniami własności intelektualnej, które nasz rząd podpisał bez konsultacji ze społeczeństwem. Wówczas zahuczało! Zrobiła się z tego wielka awantura. Internauci twierdzili, że A.C.T.A tak naprawdę nie działa w interesie twórców i artystów, okradanych przez internetowych piratów, a wielkich koncernów medialnych, wytwórni filmowych i fonograficznych. I poniekąd słusznie.
Wątpię, żeby ktoś kto ściąga z sieci utwory muzyczne, książki, gry, kupiłby je gdyby nie miał możliwości pozyskania ich za darmo. A przecież pojawienie się w sieci dzieł pisarzy, artystów, muzyków tak naprawdę jest dla nich reklamą. Jeśli ich twórczość się spodoba, to może przy następnej okazji użytkownik będzie skłonny zapłacić za towar, a ponadto poleci ją znajomym. Internauci argumentowali, że wprowadzenie proponowanych w porozumieniu regulacji w sferze Internetu, narusza konstytucyjną wolność słowa, ogranicza swobodny obywatelskie, a także mocno hamuje innowacyjne rozwiązania w zakresie programowania.
Ponadto sieć obecnie jest główną platformą kultury. Można w niej znaleźć filmy artystyczne, spektakle teatralne, koncerty, których emisji próżno szukać w telewizji publicznej. A ta przecież z założenia powinna nieść treści misyjne. Zamiast tego  dostajemy telenowele i niskiej jakości teleturnieje, jak „Familiada” faworyzujące przeciętność, nie wiedzę. Ograniczenie dostępu do kultury wyższej zamieszczanej w Internecie będzie miało negatywne skutki. No cóż, pozostanie nam hollywoodzka papka.
Dzięki A.C.T.A  producenci ponoć mieli zyskać aparat restrykcyjny, który powinien znajdować się tylko i wyłącznie w rękach państwa. W oczach miłujących wolność Polaków pojawiły się najczarniejsze scenariusze: inwigilacja w sieci, blokowanie witryn, kary wymierzane bez procesu sądowego, zamykanie do więzień w jednej celi z najgorszymi mordercami, tych którzy ściągają sobie nielegalnie muzykę i filmy.
W ciągu trwającej medialnej i internetowej burzy na temat A.C.T.A powiedziano i napisano już chyba wszystko, więc i ja nie będę się powtarzał. Każdy zdążył sobie wyrobić na ten temat swoje zdanie.
Podobna burza medialna rozpętała się rok temu w sprawie „ustawy inwigilacyjnej”, która policji i innym służbom miały dawać dostęp do naszych danych internetowych. Więcej było strachu i paniki niż to warte, bowiem tak naprawdę służby nie uzyskiwały żadnych nadzwyczajnych uprawnień, ani takich których wcześniej już nie miały, a część danych jak chociażby korespondencja e-mailowa mogła zostać pobrana tylko za zgodą sądu.  Jednakże w wyniku całej afery moją uwagę zwróciło coś innego.
Z zaciekawieniem obserwowałem reakcję społeczną. Internauci zjednoczyli się przeciw wspólnemu wrogowi. Nagłaśniali problem w sieci, organizowali akcje protestacyjne, jak w przypadku A.C.T.A tworzyli specjalne profile na facebooku sprzeciwiające się podpisaniu ratyfikacji porozumienia i pisali wnioski do rzecznika praw obywatelskich. Kilkadziesiąt serwisów internetowych w ramach protestu utrudniało dostęp do swoich stron pokazując jak będzie wyglądał przepływ informacji w Internecie po wejściu w życie regulacji A.C.T.A. Najbardziej radykalni przeciwnicy, zrzeszeni w nieformalnej grupie „Anonymous” zaatakowali witryny rządowe blokując je na kilka dni. Młodzi ludzie gromadnie wyszli na ulicę miast, nie bacząc na siarczyste mrozy i porzucając ciepłe miejscówki za monitorami komputerów, żeby pikietować, demonstrować, manifestować swój sprzeciw. Zaiste, godne uwagi poświęcenie.
Czy to była tylko chwilowa kontestacja? A może bunt pokolenia internetowego, które tak naprawdę nie miało własnej rewolucji?
W naturze każdego młodego człowieka leży pragnienie burzenia utartych schematów, idealistyczne poszukiwanie lepszych, światłych wartości. Cechuje go sprzeciw wobec niesprawiedliwości, umiłowanie wolności i wiara, że można zmienić świat. Ale to wszystko mija wraz ze skończeniem studiów, gdy trzeba wpasować się w schematy, które wcześniej tak radośnie się kontestowało. Naiwny idealizm trafia do szafy wraz ze skórzana kurtą, wytartymi dżinsami, a na ich miejsce pojawia się racjonalizm, oraz garnitur, koszula, krawat.
I podobnie z buntem przeciw A.C.T.A oraz ustawy inwigilacyjnej (zresztą nie taka była jej prawidłowa nazwa). W dobie szybkiej podaży informacji, kilka miesięcy po tym wydarzeniu, niewielu już będzie pamiętać o co chodziło, a ci, którzy wtedy najgłośniej krzyczeli domagając się wolności w Internecie, pierwsi będą domagać się poprawności wypowiedzi w sieci i o przestrzegania netykiety.
Dawno temu pewien periodyk literacki o tematyce fantastycznej udostępnił forum dla swoich czytelników. Na początku prowadzone było tylko przez jednego administratora, będącego pracownikiem redakcji. Użytkownicy rejestrowali się, ciesząc się, że takie miejsce powstało i  rozstrzeleni po całej Polsce fani czasopisma mogli się wirtualnie spotkać, wymienić poglądy, wspominać najlepsze utwory w nim zamieszczone. Prowadzili ożywione lecz kulturalne dyskusje, szanowali siebie nawzajem i stworzyli wspaniałą atmosferę. I nagle, gdy wszystko świetnie funkcjonowało, po tygodniu podniosły się głosy, że na należy ustalić wreszcie jakiś regulamin oraz wybrać moderatorów. To był dla mnie szok. Dlaczego? Czy na spotkaniu z grupą znajomych, pierwsze co się robi to ustala zasady postępowania i wybiera z pośród siebie ludzi, którzy za niezgodne z etykietą zachowanie będą upominać innych, a nawet wyrzucać? A może w sieci obowiązują bardziej restrykcyjne zasady niż w życiu realnym?
Pierwszy raz spotkałem się z tym, że dorośli ludzie dobrowolnie gotowi byli nałożyć sobie kajdany, ograniczenia, bowiem nie ufali w zdrowy rozsądek innych. A może nie ufali sobie?
Tworzenie społeczności rozpoczęli od regulaminu i wyboru moderatorów. A przecież każde prawo bazuje na zwyczajach i tradycji, które jeszcze na forum nie zdążyły się uformować. Zamiast wierzyć we własne zdolności interpersonalne, sztukę kompromisu i dobrą wolę, koniecznie chcieli wpasować siebie i innych w strukturę autokratyzmu. Zupełnie jak to opisał Erich Fromm w „Ucieczce od wolności”.
Wybrano moderatorów, którzy mocno wczuli się w role „policjantów”, niczym w eksperymencie standfordzkim i wówczas dopiero zaczęły się prawdziwe konflikty, kłótnie, wykluczenia. Czar prysł.
Wróćmy jednak do naszej rebelii. Z jednej strony cieszy mnie, że w obliczu zagrożenia użytkownicy Internetu zjednoczyli się we wspólnej walce o swobodę w cybernetycznej przestrzeni, w której przecież większość czasu funkcjonują, z drugiej widzę sprzeczność. Protestujący obawiali się, że specjalnie powołane do tego organy ścigania będą sprawdzać z kim się kontaktują, na jakie strony wchodzą i udostępnione zostają ich dane osobowe. Tymczasem na portalach społecznościowych sami umieszczają informacje o sobie, zdjęcia swoje, dzieci, samochodów, domów, opisują gdzie pracują, jakich moją znajomych i co robią niemal w każdej godzinie swojego życia. Z jednej strony żądają prawa do ochrony danych osobowych, z drugiej obnażają się w Internecie z ekshibicjonistycznym zacięciem.
Internet nie jest już tym czym z założenia miał być, czyli miejscem gdzie można się swobodnie wypowiedzieć bez poprawności politycznej i społecznej, a stał się forum publicznym, narzędziem biznesowym, platformą komunikacji z takimi samymi prawami i zasadami jak w prawdziwym świecie.
A wobec tego po co zamieniać naszą rzeczywistość na wirtualną?

Reklamy