piraci1

Nigdy nie było piratów, byli ludzie, którzy stwierdzili, że Wolność, którą dali im Bóg i Natura, są barierą przeciwko bogatym i wpływowym.
Charles Johnson

Myśląc o piratach przed oczyma wyobraźni zazwyczaj pojawiają się nam mdłe chłystki z Karaibów odziane w kubraki, w rękawach z koronkowymi mankietami, w fircykowatych kapeluszach na głowach i szpadami u pasa. Ktoś taki jak Rackham, kapitan Flint z serialu „Black Sails”, czy Jack Sparrow, który zdążył już wpisać się w popkulturowy stereotyp pirata. Ewentualnie czarne charaktery, koniecznie z drewnianą nogą i opaską na oku, próbujące zniwelować plany głównych bohaterów. Oczywiście wszystko w tonacji siedemnastowiecznej. Do takiej narracji jesteśmy przyzwyczajeni.
Jednakże nie trzeba sięgać na drugą stronę półkuli żeby trafić na fascynujące opowieści o piratach. W okresie średniowiecza, tuż pod naszym nosem, bo na Morzu Bałtyckim grasowali Piraci Witalijscy, którzy siali postrach i ucierali nosa potęgom morskim: Hanzie, Danii, Szwedom, a nawet Krzyżakom. A przewodził im rudowłosy olbrzym Klaus Störtebeker, którego życie obrosło legendą.
Jest rok 1389. Dawno przeminęły czasy wikingów i ich łupieżczych wypraw. Z Morza Bałtyckiego zniknęły drakkary – ich wysmukłe łodzie wojenne, których dzioby zdobiono wizerunkami smoka lub węża. Pojawiają się za to pękate kogi − niezgrabne żaglowce budowane nie z myślą o wyprawach wojennych, ale o przewożeniu jak największej liczby najróżniejszych towarów. Nie są to okręty wojenne, ale kupieckie. Powolne i ociężałe. Wyładowane towarami stanowią łatwy łup.
W całym regionie Morza Bałtyckiego wrze. Wyprawy krzyżowe były głównym impulsem do rozwoju kupiectwa. Wzrosła ranga rzemiosła, a kupcy i rzemieślnicy tworzyli trzon ludności miejskiej. Przodowali w tym Niemcy. Za ich przyczyną powstała wielka organizacja miast hanzeatyckich zwanych potocznie Hanzą obejmujący początkowo takie miasta jak: Strzałów, Wismar, Rostok, ale rychło rozszerzył się na inne miejscowości w całej Europie. Powstawały również kantory jak w Londynie lub Nowogrodzie. To właśnie hanzeatyckie kogi są wypełnione towarami po brzegi i kuszą morskich rozbójników.
W tym samym czasie Zakon krzyżacki rośnie w siłę. Za czasów rządów starszego z braci Jungingenów – Konrada, stanowi potęgę morską. Później Ulryk to wszystko zaprzepaścił szykując się do walnej rozprawy z Polską i Litwą, zupełnie odpuszczając sobie Morze Bałtyckie.
Tymczasem Skandynawią rządzi Małgorzata I. Ambitna królowa pragnie zjednoczyć królestwa Skandynawii i stworzyć z nich potężne mocarstwo zdolne przeciwstawić się Hanzie. Poniekąd jej się to udaje w 1396 roku tworząc Unię Kalmarską i obsadzając przybranego syna Eryka na tronach trzech królestw. Ale najpierw musiała rozprawić się ze Szwecją.
A tam panuje książę Meklemburski Albrecht, nielubiany przez Szwedów ponieważ odsuwał od dworu szlachtę szwedzką i nadał przywileje Niemcom. Szwedzi zwracają się o pomoc do królowej Małgorzaty, a ta wkracza z wojskami i pokonuje Albrechta. Książę Meklemburski dostaje się do niewoli, a Szwecja w ręce duńskiej królowej. Oprócz  Sztokholmu, który broni się zaciekle.
I tutaj na scenę wkracza Klaus Störtebeker.
W miastach Hanzy, w których było widoczne rozwarstwienie społeczne zaczęły się rozruchy. Głodująca i żyjąca z dnia na dzień biedota, drobni rzemieślnicy trzymani żelazną ręką przez bogatych, niemieckich patrycjuszy nieprzestrzegających żadnych praw i przyznających sobie przywileje, zaczęli się buntować. Rozruchy przeniosły się również na statki, gdzie załogi wyrzucały szyprów i właścicieli za burty, przejmowały żaglowce i trudniły się zbójeckim procederem.
Klaus pływał na jednym z nich. Rudowłosy olbrzym podobno potrafił wypić kufel piwa za jednym haustem i stąd wziął się jego przydomek. Pływał wraz ze swoim przyjacielem Michelem Godeka na jednym z meklemburskich okrętów. Podnieśli bunt i przejęli go. Od tej pory trudnili się piractwem. Wkrótce dołączyli do nich inni piraci i podczas spotkania u wybrzeży Rugii postanowili założyć rozbójnicze bractwo.
W tym czasie wojska królowej Małgorzaty oblegały Sztokholm, a jej flota założyła blokadę morską. Obrońcy poprosili o pomoc Hanzę. Związek jednak nie dysponował taką siłą okrętów, żeby przełamać blokadę, więc zatrudnił piratów, którzy przedzierali się przez duńskie okręty dowożąc obrońcom zaopatrzenie, to znaczy wiktuały. Klaus Störtebeker i jego kompani chętnie dali się zatrudnić do tego procederu, otrzymali listy kaperskie i od tej chwili zwano ich braćmi witalijskimi.
Piraci zimę musieli spędzić w obleganym Sztokholmie pomagając obrońcom w ich walce, ale wiosną udało im się złamać blokadę. Bracia witalijscy postanowili osiąść w jakiejś bazie blisko Szwecji i stamtąd dowozić żywność do Sztokholmu. Ich wybór padł na Gotlandię. Zażądano od rajców miasta Visby zerwania stosunków dyplomatycznych z Duńczykami i sprzymierzenie się z Hanzą. Ci się na to nie zgodzili i zaczęły się walki. Trwały dwa dni i dwie noce, po czym korsarze zdobyli miasto. Witalijczycy z bazy na Gotlandii nadal wspierali Sztokholm, a jednocześnie atakowali na Bałtyku okręty duńskie.
Zdobyli Bergen flotą składającą się z zaledwie osiemnastu okrętów, następnie Malmo, co spowodowało, że królowa Małgorzata wypuszcza Albrechta. W roku 1395 dochodzi do podpisania trzyletniego rozejmu w wojnie Dani ze Szwecją i Hanzą. Wszyscy kaprowie mieli zostać odwołani. Nie było już potrzeby organizowania konwojów do Sztokholmu. Bracia witalijscy mieli wrócić do domów. To oczywiście nie spodobało się naszym piratom.
Na Bałtyku pozostały floty plebejskich piratów, którzy nie uznawali żadnej władzy. Zrozumieli, że nie mogą już liczyć na porty meklemburskie i są zdani sami na siebie. Nie chcieli jednak porzucać rozbójniczego procederu i pozostali na przestępczej ścieżce. Musieli wystąpić przeciw wszystkim. Łupami dzielili się po równo i nazywali siebie „wrogami ludzi i przyjaciółmi Boga”.
Zdani na łaskę wieśniaków z nabrzeżnych wsi szczodrze obdarowywali ich złotem. Przypominali trochę Robin Hoodów i Janosików. Prosty lud ich kochał. Panowie hanzeatyccy, Duńczycy, Szwedzi i Krzyżacy − niekoniecznie. Rozpoczęło się polowanie na piratów.
Klaus Störtebeker potrafił jednak utrzeć nosa każdemu. Witalijczycy dokonywali takich akcji i stosowali takie fortele, o których scenarzystom Hollywood nawet się nie śniło. Pewnego razu przy jednej z kryjówek piratów doszło do walnej bitwy między flotą hanzeatycką, a duńską. Jedni i drudzy myśleli, że walczą przeciwko Witalijczykom, a ci po powrocie z łupieżczej wyprawy ucieszyli się widząc wraki okrętów. Innym razem Störtebeker wyprawił się do silnie obsadzonego wojskiem Hamburga żeby odbić sowich ludzi z więzienia. Oczywiście to mu się udało.
Jednakże powoli zbliża się ich kres. Z Elbląga, Gdańska i portów finlandzkich wyruszają pękate kogi. Na masztach powiewają białe flagi z czarnym krzyżem. Osiemdziesiąt cztery krzyżackie statki, z czterema tysiącami zakutych w stal knechtów podąża prosto na Gotlandię rozprawić się z piratami witalijskimi. Visby zostaje zdobyte, ciała piratów walają się po ulicach miasta.
Wówczas wielu piratów dało głowy pod topór, ale najważniejsi przywódcy (Störtebeker, Godeke, Wichman i Wilgbold) przedostają się na Morze Północne i tam znajdują protektora w postaci frygijskiego księcia. Ich bazą zostaje wschodnia Fryzja. Ponownie żegluga hanzeatycka została zagrożona.
I wówczas pojawia się Simon van Utrecht.
Zadufani we własną siłę piraci nie słuchali plotek o tym, że w Hamburgu gości słynny holenderski żołnierz i żeglarz przygotowując uderzenie w piratów. W tajemnicy zbudował kogę specjalnie przystosowaną do walki, zbrojną w artylerię, gniazda dla kuszników, obsadzoną przez wyborowych strzelców. Jej pstrokate barwy i potężny pękaty kadłub sprawił, że nazwano ją żartobliwie „Kolorową krową”. Przy pełnym wyposażeniu mogła stawić czoło nawet całej eskadrze Witalijczyków. Swoista Wunderwaffe.
Plan van Utrechta był prosty: należało wywabić witalijczyków z kryjówki. Intryga udała się i w roku 1401 pod Helgolandem, naprzeciw eskadry piratów wychynęła „Kolorowa Krowa” rozbijając ich w pył.
Klaus Störtebeker dostał się do niewoli i został stracony na placu w Hamburgu, przez ścięcie głowy na katowskim pniu. Gdy spytano jakie jest jego ostatnie życzenie powiedział, że chce ocalić życie kompanom ustawionym w szpaler, tym koło których zdoła jeszcze przejść po ścięciu głowy. Legenda głosi, że udało mu się minąć jedenastu skazańców, aż zniecierpliwiony kat rzucił mu pod nogi pień. Burmistrz miasta nie dotrzymał jednak słowa i stracono wszystkich siedemdziesięciu trzech piratów złapanych wraz z Klausem.
W wyobraźni mas ludowych postać Storterberkera utrwaliła się na wieki jako bohatera, obrońcę uciśnionego ludu, który łupił bogatych i rozdawał majątek biednym. Prawda jest bardziej prozaiczna, bowiem piraci nie stronili od przemocy, trunków, dziewek i dobrej rozróby. Kierowali się przede wszystkim własnym interesem i tylko potrzeba sprawiła, że musieli wkupić się w łaski prostego ludu. I nie ma sensu robić z nich świętych, czy ich procederu podciągać pod idee walki z nierównością klasową.
Jednakże takie legendy o dobrych rozbójnikach są nam potrzebne do tego żeby otaczający nas świat widzieć lepszym i wierzyć w ludzi.

Reklamy