tort1

Chciałem powiedzieć światu tylko jedno słowo. Ponieważ nie potrafiłem tego, stałem się pisarzem.
Stanisław Jerzy Lec

Kim chciałbyś zostać jak dorośniesz? Takie pytanie na pewno słyszał każdy jak był mały.  I zazwyczaj odpowiedzi zahaczają o zawody wymagające odwagi, siły, sprawności fizycznej, dzięki którym można zdobyć uznanie i prestiż społeczny. Często więc mamy do czynienia z małymi policjantami, żołnierzami, strażakami. Ja niezmiernie, za każdym razem, odpowiadałem: pisarzem!
W dzieciństwie siadałem przy biurku, z długopisem w ręku i zapisywałem całe zeszyty niezwykłymi historiami. Przewijali się przez nie gwiezdni komandosi walczący z wrednymi kosmitami, herosi przemierzający krainy fantasy, waleczni rycerze pokonujący smoki i ratujący nadobne księżniczki, detektywi rozwiązujący trudne zagadki kryminalne i wiele innych, barwnych postaci, wykreowanych przez dziecięcą wyobraźnię karmioną książkami oraz legendami.
Teraz, mogę powiedzieć, że moje marzenia się spełniły. Zostałem pisarzem. A właśnie w tym miesiącu mija 10 lat od momentu mojego debiutu na papierze, formą literacką. To było, w grudniu, tuż przed świętami, w moje ręce wpadł magazyn literacki „Science Fiction Fantasy i Horror” 11 (14), a nim opowiadanie z cyklu ORP Dzik: „Fugazi”.
To niezwykła chwila, dla kogoś kto marzył o tym od dziecka. Czym innym są teksty w zapisane drobnym maczkiem w zeszycie, w Wordzie, wydrukowane na drukarce, bądź wiszące w Internecie, a czym innym oficjalnie wydane w magazynie literackim pachnącym jeszcze drukarską farbą. Niezapomniana chwila. I chociaż potem, tekstów w periodykach było mnóstwo, do tego dochodziły książki, antologie opowiadań i inne publikacje w różnych źródłach, to nic nie smakowało tak dobrze, jak tamta chwila sprzed 10 lat.
Robert Szmidt – ówczesny właściciel i redaktor naczelny „Science Fiction Fantasy i Horror” dał mi szansę, której nie zmarnowałem. Jeszcze przed debiutem literackim pisałem scenariusz do komiksów o wikingach, ale potem skupiłem się na opowiadaniach o dzielnej załodze ORP „Dzik”. Do teraz bardzo je lubię i czasami zastanawiam się czy do nich nie wrócić. Miałem wiele radości przy ich pisaniu. To połączenie groteski, dowcipu sytuacyjnego, gdzie iskrzy od nawiązań do kultury, popkultury, historii, mitów. Obecnie ukazały się w formie audiobooka, ale myślę żeby poszukać dla ORP „Dzik” wydawcy, który oprócz wypuszczenia tego w formie papierowej opatrzył ilustracjami.
W środowisku fanów fantastyki zacząłem być rozpoznawalny jako ten od śmiesznych historyjek o naszych podwodniakach. Nie lubię być szufladkowany. Ponadto jestem ambitny, a moja wola nie zna granic. Zabrałem się za powieść…
Zawsze fascynował mnie okres grunwaldzki. Marzyłem żeby kiedyś opisać literacko tą największą bitwę nie tylko średniowiecza, ale również w historii Polski. Postanowiłem napisać książkę quasi fantasy, która po części zahacza o grunwaldzką potyczkę. Zacząłem zbierać materiały i nagle rozrosło mi się to pełnoprawnego cyklu historycznego. Opisałem wielką wojnę z zakonem od samego początku aż do końca, łącznie z koronowską potyczką i pokojem toruńskim.
Nie lubię gdy cykl krzyżacki podciąga się pod fantastykę. Uważam, że to powieść historyczna z elementami mistycyzmu. Na pewno fakt przyporządkowania cyklu pod fantastykę ma swoją przyczynę w wydawnictwie. Wówczas współpracowałem z Fabryką Słów, która wówczas była największym wydawnictwem publikującym polską fantastykę i automatycznie to co wypuszczali znajdowało się na półkach z fantastyką.
Dotychczas ukazały się cztery książki z cyklu krzyżackiego (2009-2011). I znowu zostałem zaszufladkowany. Tym razem jako ten od Krzyżaków. Musiałem coś z tym zrobić!
Zawsze pasjonowały mnie mity hebrajskie i tematyka anielska. Napisałem dwie książki dając upust moim zainteresowaniom. Pierwsza z nich to „Cherem” (2011), połączenie kryminału i powieści grozy. To była moja pierwsza próba zmierzenia się z fabułą osadzoną współcześnie i osobiście z efektu jestem zadowolony, ale kryminał jakoś mi nie leży. Wolę pisać teksty historyczne.
Po romansie z kryminałem szybko wróciłem do mojego ukochanego średniowiecza. Kolejna powieść to efekt współpracy z wydawnictwem RUNA i Bellona. Po podróży do Rumunii napisałem Vlada Draculę (2011). To książka typowo historyczna, bez najmniejszych elementów fantastycznych. Zero wampirów. Mroczna, prawdziwa historia wołoskiego rzeźnika.
I w tym momencie uświadomiłem sobie, że nie mam w swoim dorobku powieści science fiction, a przecież będąc dzieckiem marzyłem, że właśnie takie rzeczy będę pisał. Co prawda w „Science Fiction Fantasy i Horror” już pod przewodnictwem Rafała Dębskiego ukazywały się moje opowiadania w tej tonacji, ale zapragnąłem powieści.
„Silentium Universi” (2012) to powieść o podróży do najbliższej nam gwiazdy. To opowieść nie tylko o zdobywaniu kosmosu, rozwoju technologii, ale również o ludziach. O samotności w przestrzeni kosmicznej i samotności z samym sobą. Depresyjna, fatalistyczna powieść, którą bardzo lubię.
W tym czasie byłem również stałym felietonistą periodyku „Science Fiction Fantasy i Horror”. W swoich tekstach poruszałem różne tematy, ukazując je w krzywym zwierciadle, czasami absurdalnie tak zwanym okiem wikinga, które kontynuuje na swojej stronie autorskiej. Staram się w nich wykazywać analogie, przyrównując wydarzenia z otaczającego nas świata do tych historycznych.
Ponadto w tym czasie zająłem się larpami. Gry na pograniczu teatru muszą mieć dobry scenariusz i tematykę. Okazało się, że czuję się w tym dobrze. W tematyce larpowej preferuję szkołę skandynawską, mocno immersyjną. W projektach stawiam na aspekt konfliktów międzyludzkich, wewnętrznych rozterek oraz moralnych wyborów.
Po powieści science fiction, czas na historię. Tym razem na warsztat wziąłem kolejną epicką postać, znanego bałtyckiego pirata Klausa Störtebekera (2013). To powieść typowo historyczna, awanturnicza, pokazująca jak barwną historię piractwa ma nasz region. Współpraca z wydawnictwem ERICA zakończyła się jednak na pierwszym tomie, ale myślę, że wrócę do  Störtebekera, bo mam materiału na 4-5 tomowy cykl.
Przeplatanka musi trwać, więc jak była historia, to teraz sciencie fiction. Wydawnictwo REBIS zapoczątkowało nową serię Horyzonty Zdarzeń, do której zostałem zaproszony. Powieść „Osobliwość” (2015) powiela wątki znane z „Silentium Universi” a do tego jeszcze dochodzi zagadnienie posthumanizmu. Do tego końcówka zabarwiona filozofią wschodnią i buddyzmem. To powieść, w której pierwszy raz na tak dużą skalę wykorzystałem narrację w pierwszej osobie.
Wcześniej napisałem o pierwszej powieści w klimacie anielskim. Teraz czas na drugą. „Angele Dei” (2016) jest chyba pierwszą powieścią w historii literatury powstałą na podstawie larpa. To specyficzna powieść, bowiem każdy rozdział podzielony jest na trzy podrozdziały prowadzące innego bohatera a akcja dzieje się w trzech płaszczyznach czasowych: starożytność, średniowiecze i współczesność. To było wyzwanie!
Co dalej?
Już teraz mogę powiedzieć, że rok 2017 będzie obfity. Wznawiam cykl krzyżacki w wydawnictwie REBIS, a do tego dojdzie kolejny, nowy tom. O wojnie głodowej. A kto wie, czy nie napiszę kolejnego, dziejącego się w czasie wojen husyckich. Do tego, na drugim planie cały czas „pisze się” space opera. Może też dam radę ją wydać w następnym roku.
Z marzeń literackich pozostaje mi jedno – trylogia punicka. Opisanie każdej z trzech wojen punickich w osobnych tomach. Bardzo bym chciał zagłębić się w świat starożytności i napisać o mojej ulubionej postaci historycznej – Hannibalu Barkasie. Tyle już marzeń zrealizowałem, że pewnie i to mi się uda. Ale od razu Rzymu nie zbudowano, a Kartagina tak nagle nie upadła. To musi poczekać.
Te 10 lat to wcale nie była łatwa i sielankowa droga. Obfitowała w wyboje, potężne kłody rzucane pod nogi, całą masę strasu i zniechęcenia. Nie byłem tylko pisarzem, ale również swoim marketingowcem, agentem, księgowym. To była ciężka praca. Czasami myślę, że gdybym na początku tej drogi dowiedział się jak będzie, to bym uciekł. Zawrócił i nigdy na ten szlak nie wchodził. Ale niczego nie żałuję.
Przeznaczenie musi się wypełnić.

 

Reklamy