fantasy2Każdy człowiek musi znaleźć taki aspekt mitu, który będzie związany z jego własnym życiem.
Joseph Campell

Nie lubię szufladkowania literatury. Sięgając po książkę nie zastanawiam się czy to steampunk, space opera, urban fantasy, hard s.f., new weir czy zwykły mainstream. Dla mnie to bez znaczenia, a po za tym i tak nie potrafię rozróżnić tych wszystkich gatunków i podgatunków.
Uwielbiam pisarzy iberoamerykańskich. W ich powieściach bardzo często rzeczywistość przeplata się z fikcją, pojawia się magia, ezoteryka, zjawiska paranormalne. Często spotykamy duchy, które egzystują na tej samej zasadzie co ludzie z krwi i kości. Oniryczne światy nakładają się na współczesność, ujawniają się nadprzyrodzone moce, ale nikt nie wrzuca Allende, Borgesa, Marqueza do nurtu fantastycznego. Na półkach z literaturą fantastyczną nie znajdziemy dzieł Saramago czy Martela, a przecież u tego pierwszego znajdziemy apokaliptyczny świat niewidomych w „Mieście Ślepców”, które pod względem fabularnym jak najbardziej przypomina powieść Johna Wydhama „Dzień Tryfidów” U drugiego zaś w połowie powieści „Ja” znajdujemy nagłą zmianę płci głównego bohatera. Literatura to literatura. Najważniejsze żeby była dobra. Dlatego tak trudno zdefiniować mi czym jest fantastyka, a tym bardziej sama fantasy.
Pewnego razu zostałem zaproszony na panel dyskusyjny na temat opisów wojen i bitew w literaturze. Zgodziłem się bez wahania, gdyż mając pewne doświadczenie w tym względzie jako pisarz, oraz będąc wielkim miłośnikiem historii wiedziałem, że z tematem sobie poradzę. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że chodzi o opisy wojen i bitew, ale w literaturze fantastycznej, z naciskiem na fantasy. Po prostu nie przeczytałem uważnie e-maila od organizatora.
Dokonałem szybkiej paginacji przeczytanych przeze mnie powieści fantasy i ze zgrozą uświadomiłem sobie, że jest ich bardzo mało. A tych, gdzie można spotkać opisy wojen i bitew jeszcze mniej. Tolkien, Howard, Martin, Sapkowski… W zakresie science fiction, wcale nie było lepiej. Pamiętałem jak przez mgłę cykl Webera o Honor Harrington i Zaginioną Flotę Campbella. Trzeba było improwizować.
Skupiłem się na analogiach. David Weber swoje utwory oparł na podstawie prozy C.S. Forestera, piszącego o oficerze brytyjskiej marynarki wojennej (Horatio Hornblower) z okresu wojen napoleońskich. To dało przyczynek do dyskusji o kosmicznych bitwach przeniesionych z mórz i oceanów wprost w przestrzeń kosmiczną. Potem przyszła kolej na fantasy. Okazuje się, że nie sposób wymyślić konfliktu zbrojnego bez zakotwiczenia w tym co nam znane, w tym co już było. Kampanie wojenne w świecie fantasy, atrakcyjne dla czytelnika, można przyrównać do tych historycznych.
Zazwyczaj pisarze wykorzystują do tego okres średniowiecza. System feudalny jaki wówczas panował idealnie nadaje się do zawiązywania intryg. Zależności ziemskie zmieniały się w wyniku najazdów, koligacji rodzinnych, małżeństw. Lojalność uzależniona była tylko i wyłącznie od prywatnych interesów i relacji wasalnych. Ponadto w średniowieczu wykształciła się kasta wojowników, posiadająca swój własny kodeks i ideały. Rycerze, bo o nich mowa, walczyli wręcz przy pomocy kopii, mieczy, toporów, odziani w lśniące zbroje i dosiadając wierzchowców bojowych okrytych kolorowymi kropierzami. To pobudza wyobraźnię. I nie tylko.
Miecz w średniowieczu był symbolem krzyża, chrześcijaństwa, z którego wywodzi się nasza współczesna kultura. Dlatego czytelnik łatwiej zaakceptuje fantasy gdzie wojownicy walczą mieczami niżby mieliby okładać się żelaznymi pałami.
Taktyka i strategia prowadzenia wojen w średniowieczu też jest różna w zależności od okresu lub miejsca. Inaczej wojowano za czasów najazdów Normanów na Francję, inaczej w czasie wojny trzynastoletniej. Inaczej wyglądała bitwa pod Azincourt, inaczej pod Grunwaldem. Pisarze mają spore pole do popisu. Dlatego wykorzystują najczęściej mediewistykę kreując własne, fantastyczne światy.
Po omówieniu bitew, dyskusja zdryfowała ogólnie na fantasy jako gatunek literacki. Prowadzący zadał pytanie: czy fantasy może obejść się bez tzw. questa? Chodzi o słynną już misję, zadanie, jak na przykład wrzucenie pierścienia do wulkanu we „Władcy Pierścieni”. Inni uczestnicy dyskusji odparli, że tak, bez problemu. Ja się z tym zgodzić nie mogłem.
Fantasy wywodzi się z mitów i legend. Można przyjąć, że jeden z najstarszych tekstów znany ludzkości jakim jest „Epos o Gilgameszu” − to właśnie fantasy. Pisarze właśnie z mitów greckich, nordyckich i legend arturiańskich czerpią swoje inspiracje. W większości przypadków nawet nie są tego świadomi. Śmiało można powiedzieć, że literatura fantasy jest kontynuacją mitów, a co za tym idzie pewnych przekazów archetypicznych, znaczeń, symboli.
W mitach i legendach znajdziemy walkę dobra ze złem oraz charakterystyczny motyw wędrówki. Główny bohater otrzymuje zadanie, podczas którego musi opuścić rodzinny dom, udać się do niebezpiecznej krainy (ze świata zwyczajnego do świata niezwykłego) żeby wypełnić misję. Od tego czy mu się uda zależą zazwyczaj losy całego świata. Bardzo często ów motyw połączony jest z inicjacją głównego bohatera – przejściem w wiek męski, a zadanie ma być sprawdzianem jego dorosłości.
W większości mitów mamy do czynienia z Artefaktem. Nie ma w tym wypadku znaczenia czy to miecz, pierścień, medalion, święty Graal. Przedmiot jest jedynie symbolem nadziei na lepsze jutro.
Wędrówkę jednego człowieka można odczytać jako wędrówkę całej ludzkości. Po spełnieniu misji bohater wraca, w glorii i chwale, a nabyte doświadczenie może być rozpatrywane w kategoriach samodoskonalenia – czyli czegoś co pcha naszą cywilizację do przodu. Dlatego właśnie uważam, że ze względu na archetypy w niej zawarte, literatura fantasy nie może obejść się bez  „questa”.
Podobnie rzecz ma się z walką dobra ze złem, obecną zarówno w eposach religijnych jak i legendach arturiańskich. Odczytywać ją można na kilku poziomach. Jako mistyczne starcie odwiecznych sił rządzących wszechświatem, socjologiczna obrona własnego plemienia, psychoanalityczna konfrontacja z własnym „ja”.
Czy współczesna fantasy spełnia rolę mitów i legend? Czy jest ich kontynuatorką?  A może to tylko gatunek literacki mający na celu dostarczenie rozrywki? Trudno na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć. Każdy czytelnik odnajdzie w tekstach co innego. I każdy ma na ten temat swoje zdanie. Do niektórych dotrze ukryty, archetypiczny przekaz, a dla innych będzie to tylko dobra rozrywka, gdzie bohaterowie tłuką się na miecze. Dlatego właśnie nie lubię szufladkowania.

Reklamy