seti1

Czasami myślę, że jesteśmy sami we wszechświecie, a czasami, że nie. Obie możliwości są niesamowite.
Arthur C. Clark

Czy jesteśmy sami we wszechświecie? To pytanie niegdyś tak często zadawane przez rzesze fanów fantastyki, pisarzy, twórców filmowych, a także naukowców i filozofów, obecnie już chyba przebrzmiało. Coraz mniej ludzi patrzy w gwiazdy, skupiając się na technologii, coraz mniej twórców szuka życia w kosmosie,  wypatrując AI w Internecie, coraz mniej fantastów obchodzą gwiazdy i krążące wokół niej ciała niebieskie. A przecież jeszcze niedawno z zapartym tchem spoglądaliśmy w gwiaździste niebo, szukając braci w rozumie i śląc do nich wiadomości, z nadzieją że nam odpowiedzą.
Aby ściągnąć na siebie obcych inteligencji uwagę najlepiej użyć promieniowania radiowego, który to sposób jest tani i prosty. Fale mogą docierać bardzo daleko przy niewielkiej inwestycji energetycznej. Do transmisji powinna zostać wybrana taka częstotliwość, która opierałaby się na jakiejś uniwersalnej liczbie. Naukowcy założyli, że obca cywilizacja posłużyłaby się czymś, co miałoby związek z najczęściej występującym we wszechświecie pierwiastkiem – wodorem. Wodór emituje promieniowanie elektromagnetyczne na częstotliwości 1 420 MHz – liczba ta więc powinna być rozpoznawana wszędzie we wszechświecie. Dodatkową jego zaletą jest to, że w naturze nie występują żadne inne źródła promieniowania o tak wąskim paśmie częstotliwości. Gdyby taki sygnał dotarł do jakichkolwiek istot rozumnych, na pewno zwróciłby ich uwagę. I tak właśnie się stało. 15 sierpnia 1977 roku taki właśnie sygnał, pod każdym względem zgadzający się z powyższym opisem, dotarł do Delaware w Ohio.
Gdy na filmach lub w powieściach science fiction bohaterowie otrzymują sygnał z kosmosu natychmiast uruchamiane są najróżniejsze procedury. Do akcji wkraczają naukowcy z całego świata, politycy, wojskowi, dziennikarze, a nawet duchowni. Nic dziwnego, przecież to wydarzenie bez precedensu, które odmieni nasze wartości, sposób postrzegania siebie we wszechświecie, religię, a może nawet całą cywilizację. Tymczasem, gdy opisywany sygnał dotarł na Ziemię, komputer zarejestrował go jako wzrost i spadek natężenia prądu wywołany przez falę elektromagnetyczną, po czym dalej nagrywał inne odgłosy dochodzące z nieba. Gdy po trzech minutach wskutek obrotu naszej planety w tej samej pozycji znalazł się drugi odbiornik teleskopu, sygnału już nie było.
Zbiegiem okoliczności (albo i nie) w tym czasie zmarł Elvis Presley. W Graceland przy otwartej trumnie żegnało go ponad dwadzieścia tysięcy osób, w tym technik, który w obserwatorium obsługiwał komputer, drukował dane i usuwał je z dysku, bowiem w tamtych czasach dyski miały pojemność 1 MB. Przez pogrzeb Presleya technik dotarł do obserwatorium z trzydniowym opóźnieniem. Tak właśnie wyglądało pierwsze zetknięcie z potencjalnym sygnałem od obcej cywilizacji.
Technik w drodze powrotnej podrzucił wydruki do domu Jerry’ego Ehmana. Ten przeanalizował wydruk i zauważywszy coś co wyglądało na sygnał z kosmosu. W przypływie radości  napisał na marginesie słowo: „Wow!”. Nazwa się przyjęła, bo doskonale podsumowuje znaczenie tego odkrycia.
Sygnał na wydruku miał postać: 6EQUJ5, gdzie litery i cyfry określały wartości natężenia sygnały elektromagnetycznego docierającego do odbiornika. Przyszedł z konkretnego miejsca na niebie. Pochodził z gwiazdozbioru Strzelca, z północno-zachodniej strony gromady M55. Problem polegał na tym, że niczego tam nie było. Żadnego ciała niebieskiego!
Naukowcy przeanalizowali różnorodne możliwości od transmisji satelitarnych, poprzez odbicia harmonicznych częstotliwości naziemnych nadajników, aż do sygnałów radiowych samolotów i nadajników telewizyjnych. Nic nie pasowało do charakterystyki zaobserwowanego sygnału.
Astronomowie już nigdy więcej nie wykryli  niczego podobnego. Chociaż intensywnie szukali. I ta jednorazowość jest olbrzymim argumentem dla sceptyków. Czy jednak słusznie? Istoty rozumne prawdopodobnie wysłały tylko jeden sygnał, wcale go nie powtarzając. Przecież my zrobiliśmy tak samo.
W 1974 wysłano wiadomość w kierunku usianej gwiazdami galaktyki M13, która wydawała się dobrą kandydatką na siedlisko innych cywilizacji. Wiadomość składała się z serii dwucyfrowych liczb, które układały się w rysunki ludzkich postaci, podwójnej helisy DNA i naszego Układu Słonecznego. I to też był jednorazowy sygnał. Nie powtarzaliśmy go.
Obecnie nie prowadzi się już żadnych badań nad pozaziemską cywilizacją ze środków finansowanych przez państwo. Nie istnieje już także obserwatorium, gdzie wykryto sygnał „Wow!”. Obecnie znajduje się tak luksusowe pole golfowe. Ambicje polityków, pieniądze i inne „ważniejsze sprawy”, sprawiły, że ta poszukiwanie obcych inteligencji traktowane jest po macoszemu. Politycy argumentują, że wydano miliony na program SETI, a nie złowiono jeszcze ani jednego zielonego ludzika. Żaden Marsjanin nie ubiegał się jeszcze o audiencję u papieża, żaden latający talerz nie wystąpił o rejestrację w urzędzie lotnictwa. Przeczesywanie nieba w poszukiwaniu fal radiowych wysyłanych przez kosmitów uznawane jest teraz za hobby szaleńców. Czy aby na pewno?
Obecnie program SETI finansowany jest prawie wyłącznie przez przedsiębiorców z Doliny Krzemowej. Dziś to właśnie biznesmeni z niezrozumiałych dla nikogo powodów utrzymują program na powierzchni. Fundusze od nich pozwalają wynająć teleskopy i opłacić pracowników.
Czego tam szukają? Jak chcą to wykorzystać? Może wiedzą coś więcej niż my? Tego chyba tak prędko się nie dowiemy.

Reklamy