wodnik2

Żadne przeznaczenie nie jest lepsze od innego, tylko człowiek musi uszanować to, które w sobie nosi.
Jorge Luis Borges

Mogłoby się wydawać, że temat końca świata, został dawno wyczerpany. Skompromitowany brakiem spektakularnych wydarzeń na przełomie tysiąclecia, a następnie w roku apokaliptycznym 2012, gdy Ziemię miały nawiedzić niezliczone plagi, klęski żywiołowe, wojny i katastrofy kosmiczne, zniknął z łam gazet, magazynów, stron internetowych. Można powiedzieć, że został przeterminowany. Jednakże temat końca świata powraca co jakiś czas niczym bumerang. Podobno jeszcze ten rok i następny mają obfitować w katastroficzne zdarzenia.
Ale zacznijmy od początku. Od kalendarza Majów. To oni, posiadając olbrzymią wiedzę w dziedzinie astronomii i posługując się precyzyjnymi systemami rachuby czasu, obliczyli, lub jak to woli – wymyślili sobie, że według ich kalendarza do 21 grudnia 2012 miał nastąpić koniec świata.
Co ciekawe, tej dacie nie sposób przypisać jakiś niezwykłych astrologicznych koniunkcji. Podczas przesilenia zimowego nie było żadnego zjawiskowego ułożenia planet, gwiazd, Słońca ani Księżyca. Taki układ ciał niebieskich powtarzał się już trzykrotnie w ciągu ostatnich dwustu lat i nic wielkiego się nie wydarzyło. A może Majowie dysponowali o wiele większa wiedzą niż my w dziedzinie astronomii?
Niektórzy uczeni uważają, że Indianie oparli swój kalendarz na obserwacji Wielkiej Szczeliny – ogromnego kompleksu obłoków pyłowych obejmujący północne regiony Drogi Mlecznej. Ponoć Majowie wiedzieli, w którym miejscu przez ten twór przebiega galaktyczny równik i wyliczyli, że w dzień przesilenia zimowego 2012 roku Słońce przekroczy jego płaszczyznę. Miało wówczas dojść do wielkiej galaktycznej koniunkcji.
Co to oznacza?
Tak naprawdę do końca nie wiadomo. Według jednej z legend Majów żyjemy obecnie w czwartym ze światów stworzonym przez bogów. Pierwsze trzy okazały się fiaskiem i dopiero ostatni akt zakończył się sukcesem, w trzynastym cyklu baktun. A on miał się zakończyć 21 grudnia 2012. Po tym terminie miał skończyć się świat, albo, jak niektórzy ezoterycy twierdzą – rozpoczął się nowy etap w dziejach ludzkiej rasy. Tego pamiętnego dnia spoglądałem w niebo wyczekująco, z pewną trwogą i lękiem, ale również ciekawością. Świat jednak nie eksplodował, a zmian w otaczającej nas rzeczywistości nie dostrzegam. Ale może coś jednak się zmieniło, a ludzkimi zmysłami nie jesteśmy w stanie tego ogarnąć? Może zmiana dokonała się na płaszczyźnie duchowej? Podejrzewam, że za życia tego się nie dowiemy.
Samozwańczy prorocy straszą nas przebiegunowaniem naszego globu w najbliższej przyszłości. W wyniku którego doświadczy dysharmonii (różnego rodzaju kataklizmy: tajfuny, trzęsienia ziemi, powodzie), ale również taką dysharmonię odczuje każda żywa istota. Bardzo jestem ciekawy jak w jaki sposób to się objawi? Właśnie próbuję to sobie wizualizować i moja wyobraźnia podpowiada mi, że nie będzie to przyjemne uczucie.
Niektórzy twierdzą, że Ziemia stanie się planetą czwartej gęstości i przejdzie na wyższy wzór wibracyjny. Zjednoczy elektromagnetyczne wiry odbioru sił kosmicznych, obecnie blokowane energią form myśli ludzkości. Brzmi jak bełkot, prawda? Jednakże wielu znajduje w tym ukryty sens.
Inne teorie mówią o wpływie grawitacyjnym supermasywnej czarnej dziury leżącej w centrum Galaktyki, która wchłonie Układ Słoneczny, o pionowych oscylacjach Słońca mające doprowadzić do zagłady naszego gatunku, o kolizji z hipotetyczną planetą X, o odwiedzinach Obcych, o upadku religii itp.
Jak grzyby po deszczu zaczęli wyrastać „mędrcy” znający jedyny słuszny sposób na przetrwanie zagłady. Jedni nawołują do wstępowania do stworzonych przez siebie sekt, najlepiej przepisując im cały majątek i przysyłając do ich łóżek nastoletnie córki. Ezoterycy natomiast twierdzą, że żadna katastrofa, a tym bardziej koniec świata nam nie grozi, a po prostu właśnie nastaje nowa era, która przyniesie głęboką przemianę duchową ludzkości.
Według ich koncepcji istnieje dwanaście epok astrologicznych posiadających charakter cyklicznych i zmieniających się co 2150 lat. Swoje nazwy biorą od znaków zodiaku i następują w odwrotnej kolejności. I tak Era Wodnika, w którą wkroczymy podczas zimowego przesilenia poprzedza Erę Koziorożca, a następuje po Erze Ryb.
Era Ryb zaczęła się ponad sto lat przed narodzinami Jezusa i zdominowana była przez racjonalizm oraz wiarę. Nie darmo pierwotnym symbolem chrześcijaństwa jest właśnie ryba. Dotychczas żyliśmy w erze umartwiania się, podporządkowania ideom, schematom myślowym poza które baliśmy się przekraczać. Czy to była religia czy nauka, zawsze istniała granica dla nieskrępowanej ludzkiej myśli.
Era Wodnika ma to wszystko zmienić. Nastanie złoty okres przemian społecznych, pełen obfitości i wzajemnego zrozumienia. Nauka wychynie poza materialny racjonalizm, a wiara skieruje się ku nauce. Człowiek odkryje w sobie nowe możliwości, zrozumie siły działające Wszechświatem, zacznie wykorzystywać zdolności będące do tej pory w uśpieniu, królować będzie medycyna alternatywna. Zrozumiemy wiele spraw dotyczących przenikania świata duchowego i materialnego. Zmienimy swój sposób myślenia i wreszcie sięgniemy gwiazd. To czas odkrywców i wynalazców. To również czas pokoju.
Brzmi całkiem sympatycznie i… dość utopijnie. A może tylko tak nam się wydaje? Zanurzeni w konsumpcyjnym świecie wartości materialnych, żyjąc w ciągłym pośpiechu tłumiąc nasze potrzeby duchowe nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie, że może być inaczej. Nowy, wspaniały świat  przyporządkowujemy fantastyce, lub widzimy w tym zagrożenie iście totalitarne – bo przecież cudowna może być tylko iluzja. Wyśmiewamy amulety, wahadełka, mandale, bioenergoterapię i medytacje kurczowo trzymając się racjonalizmu niczym tarczy, która ma nas ochronić. Tylko przed czym? Przed rozczarowaniem? Przed złudzeniami?
A przecież otaczamy się przedmiotami dającymi nam tylko iluzoryczne poczucie własnej wartości wyrażane w ilości posiadanych samochodów, telewizorów plazmowych, komputerów, telefonów komórkowych, pieniędzy uzbieranych na kontach. Wyznajemy filozofię „mieć” i według niej systematyzujemy nasze wartości.
W Erze Wodnika skończy się pogoń za dobrami materialnymi, ludzie porzucą fanatyzm religijny i sceptycyzm na rzecz otwartego umysłu. Do głosu dojdzie filozofia „być” i każdy człowiek tego co ważne będzie musiał poszukać w sobie samym. Uszanować to co nosi w sobie. Tak przynajmniej twierdzą ezoterycy.
Czy gatunek ludzki czeka zagłada, czy też świetlana przyszłość? A może zupełnie nic się nie stanie i świat będzie funkcjonował na starych zasadach? Przełom tysiącleci nic nie zmienił, słynny rok 2012 dawno już za nami.  Ale może jeszcze nic straconego.  W tym roku, w lutym Antychryst miał zawszeć sojusze dające mu panowanie nad światem, mistycy na jesień przepowiadają trzęsienia ziemi mające obrócić w niwecz Japonię i zachodnie miasta USA. W 2017 roku ma dojść do  zamachów terrorystycznych na dużą skalę, wojny z muzułmanami, upadku chrześcijaństwa, uderzenia asteroidy i jeszcze wielu innych spektakularnych wydarzeń. Przy takiej ilości przepowiedni rachunek prawdopodobieństwa mówi, że na pewno coś się trafi.
Wszelkiego rodzaju przepowiednie i czekanie na nie, są niejako odbieraniem ludzkości poczucia sprawstwa. Zaczynamy wierzyć, że nic nie zależy od nas. Często tłumaczymy sobie, że tacy są ludzie, tak skonstruowany jest świat i bezradnie rozkładamy ręce. I wówczas chętnie  przenosimy odpowiedzialność na czynniki zewnętrzne. Ale to my sami jesteśmy kowalami naszego losu i od nas zależy przyszłość planety, oraz całego naszego gatunku.
Z czym wchodzimy w Erę Wodnika? Chyba na to pytanie każdy z nas musi sobie odpowiedzieć indywidualnie.

Reklamy