wirtualna1

(…) ci ludzie tam nie co innego braliby za prawdę, jak tylko cienie pewnych wytworów.
Platon

Za pośrednictwem portalu newyorker.com, cały  świat obiegła wieść, że dwóch nieznanych z nazwiska miliarderów z Doliny Krzemowej opłaca tajne badania, które mają dowieść, że ludzkość żyje w wirtualnej rzeczywistości i jeżeli ich podejrzenia się potwierdzą, to naukowcy mają pomóc nam się z niej wydostać. Ponoć jednym z tych miliarderów jest dobrze nam znany Elon Musk, który we wrześniu na Międzynarodowym Kongresie Astronautycznym w Meksyku ogłosił niezwykle ambitny plan stworzenia w najbliższym czasie koloni na Marsie.
To on miał powiedzieć, że skoro komputery tak się rozwinęły, że przechodzą test Turinga (na obecną chwilę nie jest to oficjalnie potwierdzone) i w konwersacji oraz działaniach nie sposób rozróżnić ich od człowieka, to nie wykluczone, że mogą sterować światem. Musk twierdzi, że szansa na to wynosi jeden do miliarda. Już wcześniej mówił o połączeniu ludzkich mózgów z komputerami i o tym, że wszystkie umysły spotykałyby się w gigantycznej cyfrowej chmurze. Wszystko to już było. W powieściach i filmach fantastycznych. Ale nie tylko. Zacznijmy od początku. Od jaskini platońskiej.
Platon w swoim dziele „Państwo” przedstawia kajdaniarzy uwięzionych w jaskini i spoglądający na ścianę, na której widzą jedynie cienie prawdziwej rzeczywistości. Metaforycznie dno jaskini to świat doczesny, łańcuchy zaś symbolizują uwiązanie do niego. Cienie natomiast są odbiciem prawdziwej idei. Platon uważał, że tylko po uwolnieniu z łańcuchów ludzie mogą dostrzec prawdę. Jaka jest ta prawda? Tego uczeń Sokratesa już nie zdradził.
Niecałe dwa tysiące lat później Kartezjusz, francuski filozof, znakomity matematyk i fizyk, rozważał możliwość istnienia „złośliwego boga”, który permanentnie wprowadza nas w błąd, zmienia prawa matematyki, które nie odzwierciedlają rzeczywistości tylko są projekcjami. Przedstawił tezę, że rzeczywistość fizyczna i rzeczywistość umysłowa są dwiema odrębnymi substancjami. Pierwsza ma charakter mechanicystyczny, czyli zakłada, że natura zbudowana jest jak mechanizm, a druga jest obszarem wolności. Czyli rzeczywistość to misternie skonstruowana klatka, w której wolną wolę posiada jedynie nasza jaźń, ale przykuta do więzienia nie może się uwolnić.
Przenieśmy się na Wschód. W hinduizmie i buddyzmie istnieje pojęcie „maja”, które oznacza po prostu ułudę. Świat będący sferą codziennej, materialnej egzystencji człowieka jest swego rodzaju fasadą zasłaniającą obiektywną domenę rzeczywistości. „Maja” jest iluzją, namacalną i mentalną rzeczywistością, codziennie absorbującą świadomość  żywych istot i zakrywającą przed nimi prawdę. W hinduizmie „maja” oddziałuje głównie poprzez fałszywe ego czyli utożsamienie się z materialnym ciałem i przywiązanie do posiadania rzeczy. Czy to oznacza, że wszechobecny w dzisiejszych czasach konsumpcjonizm jest środkiem na utrzymanie iluzji? Pokonanie wpływu „mai” jest równoznaczne z wyjściem z „sansary”, czyli odwiecznego cyklu wędrówki kojarzonego z reinkarnacją, i osiągnięcia stanu „mokszy”. A to oznacza całkowity rozpad własnego ego (a może wirtualnej tożsamości?) oraz jedność z bogiem.
„Moksza” zdefiniowana jest w filozofii buddyjskiej jako wyzwolenie z iluzji wywołanej pełną identyfikacją umysłu z myślami oraz percepcjami zmysłowymi uwięzionymi w świecie form: energii, materii, czasu, przestrzeni, zależnościami przyczynowo-skutkowymi, a przez to nie pozwalającymi na doświadczanie własnej prawdziwej natury – czystej świadomości, która nie ma żadnej formy. Czyli można śmiało powiedzieć, że im więcej myślimy, im bardziej angażujemy się w doczesny świat, rozwiązywanie problemów, tym bardziej oddalamy się od szczęścia jakie daje uwolnienie.
Tylko czy wyzwolenie da nam to upragnione szczęście? Jeśli stoi za tym wszystkim „złośliwy bóg” jak chce tego Kartezjusz (a sugeruje to również Philip K. Dick w swoich powieściach), to nie wiem czy chciałbym stanąć z nim twarzą w twarz. A może ojciec nowożytnej filozofii tym mianem określił byty, które nas zniewoliły? Niemieccy uczeni niedawno doszli do wniosku, że odpowiednio zaawansowana technologicznie cywilizacja mogłaby stworzyć symulację całego kosmosu, włącznie z jego mieszkańcami. Ciekawe, że pisarze science fiction (łącznie z piszącym ten felieton) doszli do tego już dawno i wyeksplorowali temat na wszystkie możliwe sposoby. Tak samo jak filozofowie. Ale wracajmy do naukowców, bo jak utarło się w społeczeństwie pisarze tworzą tylko fikcję, filozofowie uprawiają scholastykę, a to co powiedzą naukowcy musi być prawdą. Więc, stwierdzili oni, że  taki program musiałby mieć „rusztowanie”, w którym zostałyby zakodowane prawa rządzące tym wirtualnym światem. Geniusze!
Ale w jakim celu obcy mieliby nas niewolić? Żeby pozyskać zasoby naszej planety? Wówczas skuteczniejsza byłaby eksterminacja całej populacji. No chyba, że kosmici są humanitarni i trzymają nas w jakimś olbrzymim kompleksie, podłączonych do kabli i pozwalają nam przeżywać nasze wirtualne życia. Prawdziwi z nich altruiści! A może pasożytują na nas, żyją w naszych organizmach jak goa’uldowie z serialu „Stargate”, lub zabierają nam naszą energię, krew, organy?
Bardziej prawdopodobną koncepcją jest to, że naszymi ciemiężycielami są maszyny, które sami stworzyliśmy. Tak właśnie tłumaczy to „Matrix” − słynny film braci Wachowskich, gdzie ludzie wymyślili sztuczną inteligencję, która zwróciła się przeciw twórcom. Ludzie odcięli ją od źródła energii słonecznej spowijając niebo czarnym smogiem. Decyzja okazała się fatalna w skutkach, bowiem maszyny jako źródło energii wybrały ludzi. Stworzyły komputerowy program symulujący idealny świat z roku 1999, podłączyły do nich ludzi i pobierały z nich nadwyżki energii. Jednakże ta hipoteza również wydaje się karkołomna.
A ja myślę, że to człowiek sam sobie zgotował taki los.
Prace nad symulacją rzeczywistości z każdym rokiem stają się coraz bardziej zaawansowane. Dla odreagowania życiowych niepowodzeń, stresów, zmartwień i ciągłych problemów uciekamy w inne światy. Czy to jest książka, film, gra.  Tymczasem gry komputerowe stają się coraz lepsze i niedługo będzie możliwość wchodzenia w nie w pełnym wymiarze, a wówczas może zapragniemy, zasymulować również psychikę i osobowość bohatera jakim gramy. Popularność komputerowych Simsów pokazuje jak bardzo pragniemy być kimś innym niż jesteśmy. Uciec od swojej tożsamości. I kiedyś pewnie nam się to uda.
A jeżeli już to zrobiliśmy? Stworzyliśmy sobie symulowany świat i zapomnieliśmy się wylogować? I w tym symulowanym świecie znowu nam się nie podoba i pragniemy z niego uciec. Tylko, że zamiast wychodzić w górę, pogrążamy się coraz bardziej i budujemy kolejne piętra naszej wirtualnej rzeczywistości.
Żadna z przedstawionych koncepcji nie wygląda dobrze, więc jeśli przyjdzie do mnie Elon Musk wyciągnie dłoń, na której będzie leżała niebieska i czerwona pigułka, to doprawdy nie wiem, którą wybiorę.

Reklamy