koronowo3Naród, który nie zna swej historii skazany jest na jej powtórne przeżycie.
Autor nieznany

Nadszedł październik. Pożółkły liście na drzewach, pogoda dżdżysta, wieczory coraz dłuższe. Zawsze o tej porze roku moje myśli wędrują do małej miejscowości, o nazwie Koronowo. W lipcu zawsze hucznie obchodziliśmy  kolejną rocznicę bitwy pod Grunwaldem. Na polach grunwaldzkich odbywa się wielka inscenizacja, na którą zjeżdżają się bractwa rycerskie z całej Polski, a także z Europy. Trwa wielka celebracja. I słusznie, bo to ważna batalia dla historii polski. Mało kto wie, że dzień 15 lipca został pierwszym świętem narodowym w Polsce ogłoszonym przez króla Władysława Jagiełłę. Z tej okazji rok rocznie miały bić wszystkie dzwony kościelne w całym Królestwie. Szkoda, że ten zwyczaj został zaniechany, a dzień polskiej wiktorii jest powszechny, w przeciwieństwie do kilku zupełnie niepotrzebnych świąt.
Czasami media przypominają sobie o Grunwaldzie, ale zazwyczaj ich relacja ogranicza się do pokazania migawek z inscenizacji lub reporterzy prześcigają się w wymyślaniu  idiotycznych pytań kierowanych do członków bractw rycerskich. Czasami zapraszani są specjalni goście, jak miało to miejsce przed 6 laty, podczas okrągłej 600-letniej rocznicy. Przybył współczesny mistrz zakonu Brunon Platter, który  naszych twórców narodowych nazwał propagandystami, a z Krzyżaków robił niemalże świętych. Nic nie wspomniał o mordach i wysiedleniach plemion pruskich, krzyżackich rejzach na Litwę, które pewnie uważa za wycieczki krajoznawcze, i okrucieństwach czynionych przez zakonników podczas najazdu na ziemię dobrzyńską. Wówczas w  radiu i telewizji politycy, aktorzy, muzycy ze znawstwem rozprawiali o grunwaldzkiej bitwie, mimo że nie mieli ku temu merytorycznych podstaw, a ja czekałem, aż do studia wjedzie na przykład Jola Rutowicz na pluszowym różowym jednorożcu, dzierżąc dwa nagie miecze.
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego w promowanie wydarzenia wpompowało masę pieniędzy. Powstały animowane spoty telewizyjne wyreżyserowane przez Tomasza Bagińskiego, teledysk zespołu Armia, zbiór esejów polskich historyków, gra karciana i reklamowe płyty CD rozdawane podczas obchodów, które wytłoczono w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy.
Wszystko pięknie i chwalebnie. Jednakże z tego całego szumu informacyjnego odbiorca nie dowiedział się niczego więcej niż to, co wyniósł z lekcji historii. Przecież każdy Polak wie (a przynajmniej mam taką nadzieję), że 15 lipca 1410 roku pod Grunwaldem odbyła się wielka bitwa pomiędzy wojskami krzyżackimi i polsko-litewskimi i to my wygraliśmy. Jednakże o tym, jak do niej doszło, i o całej wojnie z zakonem już niekoniecznie . A szkoda , bo co roku jest ku temu okazja, a sześć lat temu była wręcz doskonała.
Gdy pisałem mój cykl krzyżacki i pytany, nad czym aktualnie pracuję, odpowiadałem, że nad bitwą pod Grunwaldem, słyszałem zachwycone okrzyki: „Super!”, „Ale fajnie!”. Natomiast gdy mówiłem, że o batalii pod Koronowem, skonfundowany rozmówca marszczył czoło, drapał się po głowie, szukając w pamięci szczątkowej choćby wiedzy, a potem bezradnie rozkładał ręce. A przecież bitwa pod Koronowem jest równie ważnym epizodem wielkiej wojny z zakonem krzyżackim jak Grunwald, a kto wie, czy nie ważniejszym. Na pewno zaś o wiele ciekawszym.
We wrześniu roku 1410, po nieudanym oblężeniu Malborka, który stanowił główny cel strategiczny wyprawy na Prusy, Jagiełło rozpuścił wojska do domu, sam zaś pojechał do Inowrocławia.
Za to Krzyżacy nie próżnowali. Dopóki armia królewska pozostawała na terytorium państwa zakonnego, dopóty nie ośmielali się wyściubiać nosa, lecz gdy tylko ostatni hufiec przekroczył granicę, przystąpili do ofensywy, odbijając utracone zamki i miasta. W tym samym czasie wójt Nowej Marchii, Michał Küchmeister, zebrał armię liczącą około czterech tysięcy najemników śląskich, bawarskich, turyńskich, czeskich, nadreńskich, saskich, szwabskich i ruszył na pomoc pobratymcom.
Dotarł do Krajny, ziemi leżącej na pograniczu Kujaw, Wielkopolski, Pomorza, i 10 października zatrzymał się przed niewielką, acz urokliwą mieściną zwaną Koronowo. Gdyby Küchmeisterowi udało się zdobyć miasto, miałby otwartą drogę w głąb Polski, zdobyłby Bydgoszcz i zapewne pokusiłby się o rajd na Inowrocław, gdzie przebywał Jagiełło. Następnie połączyłby siły z wojskami Henryka von Plauena i marszałka inflanckiego von Hevelmanna. Armia krzyżacka, licząca niemal dziesięć tysięcy zbrojnych, mogła już stanowić poważne zagrożenie dla Królestwa.
Okazało się jednak, że w klasztorze oo. Cystersów stacjonuje polski garnizon. Co prawda liczebnie dwukrotnie ustępował siłom krzyżackim, ale za to było to słynne przedchorągiewne rycerstwo spod Grunwaldu. We wsi Wilcze, jak wskazują na to współczesne badania i topografia terenu, doszło do ostatniej batalii w starym, rycerskim stylu.
W niczym nie przypominała tej stoczonej na grunwaldzkich polach. Nie było szarż rozpędzonych chorągwi, straszliwego ścisku, bezładnej rzezi, miażdżenia i tratowania. Bój składał się z szeregu pojedynków, pełnych kurtuazji i szacunku dla przeciwnika i raczej przypominał turniej rycerski niż walną bitwę. Czekano, aż konkurent opuści zasłonę hełmu, przygotuje się do boju i dopiero wówczas szarżowano. Jeden na jednego. Nie zdarzało się, żeby dwóch porywało się na samotnego przeciwnika, a ci, którzy nie mieli pary, cierpliwie czekali na swoją kolej. Trzy razy ogłaszano przerwy w walce, a wtedy rycerze zwaśnionych stron komplementowali się wzajemnie, częstowali winem, opatrywali rany i wymieniali jeńców.
Dlaczego koronowski bój wyglądał tak a nie inaczej? Ano dlatego, że  tutaj armia zakonu składała się z rycerzy Zachodu, którzy cenili sobie honor rycerski, a i Polakom dworność oraz rycerskość nie były absolutnie obce.
Po trzeciej przerwie w bitwie szala zwycięstwa przechyliła się na naszą stronę i krzyżacka armia została pokonana. Polscy rycerze pokazali, że w sztuce wojennej nie sposób im dorównać. Świadczyć też o tym może turniej w Budzie, który odbył się w 1412 roku. Do stolicy Węgier zjechało wtenczas około stu najznamienitszych rycerzy z najdalszych zakątków Europy. Przez dwa dni toczyli grupowe boje w szrankach, podzieleni na drużyny według narodowości. Można rzec, że były to takie ówczesne mistrzostwa Europy. Nasza drużyna okazała się bezkonkurencyjna niczym Austriacy w skokach narciarskich. Kronikarz pisał o Polakach, że pierwsi stawali do boju, ostatni schodzili z pola, a kiedy inni odpoczywali, oni sami ze sobą podejmowali zapasy i walkę.
Właśnie tacy byli nasi przodkowie – mocarze, którzy  ujarzmili krzyżacką zawieruchę pod Koronowem. W bitwie, o której mało się mówi, podobnie jak o innych zwycięstwach.
Obecnie chełpić się mamy tragicznymi wydarzeniami, upadłymi powstaniami, a każdy sukces w naszej historii opatrzony jest komentarzem: „…ale i tak tego nie wykorzystaliśmy”. I w ten scenariusz wpisuje się nawet grunwaldzka wiktoria.
Może należałoby przybliżyć Polakom nie tylko osiągnięcia militarne, ale również pokazać, jaką potęgą gospodarczą i polityczną była nasza ojczyzna. Ale nie – bez końca mamy roztrząsać tragedie, które aspirują do rangi symboli narodowych. Nie zwycięskie bitwy, nie nowatorskie posunięcia, nie śmiałe decyzje polityczne – ale właśnie porażki. Albo wręcz w drugą stronę – wyrzec się naszych korzeni, zapomnieć o dumnie narodowej, patriotyzmie i z radością wejść do multikulturowej, światowej wspólnoty. Tworzyć nową przyszłość.
Ale nie zapominajmy, że nową przyszłość tworzy się w oparciu o fundamenty kulturowe i dziedzictwo naszych przodków.

 

Reklamy