Igrzyska2

 Citius, altius, fortius (łac.)
dewiza ruchu olimpijskiego

Pierre de Coubertin, francuski baron, historyk, pedagog i idealista, wymyślił, że sport to nie tylko środek hartowania ciała, ale również uniwersalna metoda wychowania człowieka. Wypełniony mrzonkami o czystej, sportowej rywalizacji zainicjował nowożytne igrzyska olimpijskie, które miały nawiązywać do tych rozgrywanych w starożytnej Grecji. Sportowi publicyści, czy komentatorzy często w swoich relacjach odwołują się do ideałów Coubertina pomstując na obecną we współczesnym sporcie korupcję, doping, naturalizowanie sportowców i olbrzymie pieniądze sponsorów wypaczające przebieg rywalizacji. Nie wiedzą jednak, albo zapominają, że francuski baron zbytnio gloryfikował greckie olimpiady.Obecnie mamy do czynienia z piłkarzami sprzedającymi mecze, przekupionymi tenisistami przegrywającymi turnieje, czy też snookerzystami biorącymi łapówki za oddanie pojedynczych frejmów. A tymczasem podczas igrzysk w starożytnej Olimpii także kwita korupcja i do na wielką skalę.
Niejaki Damonikos pragnąc zapewnić zwycięstwo swojemu synowi w zawodach pięściarskich, przekupił jego przeciwnika. Podobnie postąpił Eupelos z Tesalii, za co został ukarany on sam, a także wszyscy ci, którzy przyjęli od niego dary. Okazuje się zatem, że ustawianie walk bokserskich to nie wynalazek nam współczesny, a korupcja na sportowych arenach sięgają daleko w przeszłość.
Kolejna kwestia wzbudzająca kontrowersje to naturalizowanie sportowców. Długodystansowcy z Etiopii i Kenii przyjmują obywatelstwa krajów europejskich i pod nowymi barwami występują na olimpiadach. Francuska reprezentacja piłkarska w większości składa się z graczy pochodzących z Algierii bądź Senegalu. W naszej grał czarnoskóry Nigeryjczyk – Emmanuel Olisadebe. Dwukrotnie mistrzostwo Polski na żużlu zdobył Rune Holta, który jest również czterokrotnym mistrzem Norwegii. Dziwne? Wcale nie.
Znowu cofnijmy się do starożytnej Grecji. Dikon odnosił zwycięstwa w grupie chłopięcej jako obywatel Kaulonii, a później za pieniądze startował jako olimpionik z Syrakuz. Natomiast Klejnopatrosa z Miletu delegacja syrakuzańska skłoniła w drodze przekupstwa, żeby swojego syna Antypatrosa, zwycięzcę biegu na stadion, ogłosił Syrakuzańczykiem. Jednakże młodzieniec za nic miał liczne dary oraz wolę ojca i pozostał wierny swojemu rodzinnemu miastu. Już wtedy mocno wiązano zaszczyt zwycięstwa olimpijskiego z chlubą swojego miasta-państwa i stąd próby zawłaszczania najlepszych sportowców. Dlaczego teraz miałoby być inaczej?
Największym problemem MKOLu jest doping, definiowany jako sztuczne podnoszenie wydolności fizycznej i psychicznej zawodnika metodami wykraczającymi poza normalny, „naturalny” trening. Tylko co rozumieć pod pojęciem „naturalny” trening?
Sto lat temu niektórzy olimpijczycy twierdzili, że nie należy dopuszczać do startów w igrzyskach ludzi uprawiających sport zawodowo, lub pracujących fizycznie. Mieli oni mieć przewagę nad arystokratami, którzy stawali do zawodów w ramach zabawy, między jednym bankietem, a drugim. Argumentowali, że w rywalizacji najważniejsze są właściwości jakimi obdarzyła człowieka natura, a treningi to już pewnego rodzaju oszustwo.
Współcześnie mamy do czynienia z sytuacją odwrotną. Za wszelką cenę wyrównuje się szanse. I tak na przykład sportowcy chorzy na astmę mogą przyjmować przed startem sterydy rozszerzające pęcherzyki płucne, a co tym idzie poprawiające wydolność. Dlaczego zatem ci o mniejszym progu odporności na ból nie mogą przyjmować stymulantów zapobiegającym jego odczuwaniu przy zwiększonym wysiłku fizycznym? Dlaczego ci, obdarzeni przez naturę gorszą budową ciała nie mają prawa do przyjmowania sterydów anabolicznych w celu zwiększenia masy mięśniowej?
Odpowiedzi w pewnym sensie udziela nam rozszerzona definicja dopingu, która zakłada, że to metody medyczne szkodliwe dla zdrowia. Tylko kogo to obchodzi? Widza przed telewizorem? On chce oglądać zawody sportowe na najwyższym poziomie, bicie rekordów, wspinaczkę kolarzy pod najwyższe góry, biegi rozgrywane w szalonym tempie. Może działaczy, sponsorów, właścicieli klubów? Spektakle sportowe to przedsięwzięcia przyciągające masy ludzi, a co za tym idzie reklamodawców. Nic więc dziwnego, że w sport inwestowane są olbrzymie pieniądze, a tam gdzie się one pojawiają, kończą się sentymenty. A może obchodzi to samych sportowców?
Kilka lat temu przeprowadzono wśród nich ankietę. Wybranej, zapewne reprezentatywnej, grupie sportowców zadano pytanie: gdyby ktoś zaoferował ci „złoty środek” dzięki któremu zdobędziesz mistrzostwo olimpijskie, ale rok później umrzesz, czy byś go przyjął? Znakomita większość odparła, że bez wahania.
Po co zatem ta cała hipokryzja? Widzów, działaczy, sponsorów i samych zawodników. Kibice najpierw oburzają się słysząc, że kolejny kolarz podczas Tour de France został przyłapany na stosowaniu EPO, a gdy komisje antydopingowe wykluczają zawodników, narzekają na słaby poziom wyścigu. Działacze wynajmują laboratoria badawcze, które udoskonalają środki wspomagające i pracują nad tym, żeby były niewykrywalne. A sportowcy z pełną świadomością faszerują się farmakologicznym świństwem, a potem tłumaczą, że ktoś im podał podejrzany barszczyk, jak to uczynił pewien nasz hokeista, lub byli przekonani, że to tylko witaminy.
Cofnijmy się raz jeszcze do starożytnej Grecji i spójrzmy jak to wtedy wyglądało. Zawodnicy występujący w pankrationie, takiej ówczesnej MMA, naszpikowani byli różnego rodzaju wywarami z ziół, które współcześnie uznano by za środki niedozwolone. Pliniusz Młodszy pisał, że biegacze nie chcąc dopuścić do przekrwienia śledziony, co znacznie utrudnia bieg bowiem staje się ona duża, twarda i bolesna, wypijali przed zawodami napar ze skrzypu. W V i VI wieku p.n.e. najlepsi zawodnicy pochodzili z Krotonu, gdzie mieściła się słynna szkoła medyczna. To daje do myślenia.
Wygląda na to, że idee barona de Coubertin, nie miały zastosowania ani w starożytności, ani tym bardziej teraz. To były jedynie mrzonki, bowiem okazuje się, że mentalność ludzka nie zmieniła się od tysiącleci.
Dewizą ruchu olimpijskiego jest citius, altius, fortis (szybciej, wyżej, mocniej). Więc może zalegalizować doping? Wyniki byłyby spektakularne, widowiska sportowe na najwyższym poziomie, a sprawa czysta i klarowna.
Kiedyś czytałem opowiadanie z gatunku science fiction, o kolarskim championie, który wygrywał dzięki większej objętości mięśni nóg. Ich dawcą był jego brat, który gotów był poświecić swoje zdrowie. Obaj poruszali się na wózkach inwalidzkich, pierwszy – bo rozrośnięte mięśnie nie pozwalały mu chodzić, drugi z powodu ich braku.
Obecnie rzeczywistość przerosła fantastykę. Znamy takie formy dopingu jak operacyjne usuwanie tkanki tłuszczowej, przeszczepy mięśni i ścięgien, szpiku kostnego, podskórne zastrzyki powietrza. Najnowsza technika dopingowa polega na manipulacji na materiale genetycznym zawodnika: dokonywanie wszczepu obcych tkanek, podawanie preparatów zawierających bakterie produkujące hormony. W niedalekiej przyszłości rozwinie się gałąź biocybernetyki, na porządku dziennym będą wszczepy wspomagające organizm, dostępne nie tylko dla sportowców, ale również dla zwykłych ludzi.
Gdzie wówczas będzie przebiegała granica?

Reklamy