ku gwiazdomZiemia jest kolebką ludzkości, ale nikt nie zostaje w kołysce na wieki.
Konstantin Ciołkowski

Moja przyjaciółka stwierdziła kiedyś, że nie pojmuje jak chłopcy przeżywają dzieciństwo. Było to wówczas, gdy opowiedziałem jej jedną z moich młodzieńczych przygód. Jak każdy chłopak robiłem wiele szalonych rzeczy: wojny na proce, odpalanie własnoręcznie robionych bomb, wyzwania mogące skończyć się śmiercią lub kalectwem. A przecież ja, należałem jeszcze do tych rozsądniejszych.Gdy nie ganiałem się po podwórku – czytałem książki. Zazwyczaj były to kryminały, powieści szpiegowskie i science fiction. Owładnięty wizją podróży kosmicznych i eksploracji kosmosu postanowiłem wnieść swój własny wkład w to wiekopomne dzieło. Postanowiłem wysłać ekspedycję na Marsa.
Z plastikowego pudełka po kremie Nivea uczyniłem pojazd kosmiczny i osadziłem go na stanowisku startowym, czyli w piaskownicy. Z mieszaniny saletry i cukru zrobiłem ładunek wybuchowy, dodałem trochę prochu oraz korki wybuchowe. Pozostało skompletować załogę.
Najdłuższy lot w kosmosie odbyła Łajka – rosyjska suczka znaleziona na przedmieściach Moskwy. Jednakże ze względu na ograniczoną przestrzeń w moim gwiazdolocie nie mogłem pozwolić sobie na wysłanie w przestrzeń tak dużego organizmu. Wyczytałem gdzieś, że podczas jednego z pierwszych startów wysłano w kosmos muszki owocówki. Ja postanowiłem ograniczyć się do mrówek.
Nazbierałem ich tuzin, wrzuciłem do pudełka, podpaliłem lont i schowałem się za pobliskie drzewo. Łupnęło. Huk przetoczył się po podwórku, echem odbił od bloków mieszkalnych, zatrząsł szybami. W uznaniu pokiwałem głową, wyobrażając sobie, że tak właśnie musi wyglądać start promu kosmicznego z przylądka Canaveral.
Gdy tylko dym się nieco przerzedził pognałem na miejsce startu gwiazdolotu sprawdzić czy wszystko przebiegło zgodnie z planem. Moim oczom ukazał sporej głębokości lej i to jedyne co pozostało w wyniku wybuchu. Z dumą spojrzałem w niebo.
Jeszcze przez długi czas żyłem świadomością, że wysłałem wyprawę na Marsa. Dopiero później dowiedziałem się o drugiej prędkości kosmicznej jaką należy nadać obiektowi żeby opuścił Ziemię i dalej poruszał się ruchem swobodnym. Musiał uzyskać prędkość 11,2 km/s – raczej nie osiągalne przy pomocy saletry i cukru. Zrozumiałem, że niezbędne są wyliczenie trajektorii lotu, wyznaczenie odpowiedniego okna startowego i dużo większe zaplecze technologiczne niż to, jakim ja dysponowałem.
W tym czasie gdy ja wysyłałem swoją wyprawę na Marsa, trwała zimna wojna. USA i ZSRR rywalizowały ze sobą o dominację nie tylko na Ziemi, a ale również w przestrzeni kosmicznej. Na badania i astronautykę szły olbrzymie pieniądze. Naukowcy prześcigali się kto pierwszy wyśle człowieka w kosmos, wyląduje na Księżycu, skolonizuje obce globy. Ze względu na możliwość wykorzystania militarnego, wzrost morale społecznych, wyścig kosmiczny stał się ważnym aspektem kulturowej i ideologicznej rywalizacji pomiędzy mocarstwami. Postęp technologiczny stał się wskaźnikiem potencjału technicznego i ekonomicznego danego państwa i nadawało mu prestiżu. Wydawało się, że kosmos stoi przed nami otworem, lada dzień zbudujemy bazy na Księżycu, wylądujemy na Marsie, a w niedalekiej przyszłości dosięgniemy gwiazd.
Jednakże po rozpadzie ZSRR tempo podboju kosmosu zmalało. Radykalnie zmieniło się polityka USA w tej dziedzinie. Nie mając konkurencji, jedyne mocarstwo mogło sobie pozwolić na zaangażowanie zasobów i środków finansowych w inne projekty. Na pewno hamulcem w rozwoju kosmonautyki była także katastrofa promu Columbia w 2003 roku.
Ludzie coraz rzadziej spoglądają w gwiazdy jak na nowe miejsce do życia. Jeszcze pół wieku temu nikt nie miał wątpliwości, że na początku XXI wieku będziemy mieli bazy na Księżycu, a astronauci spacerować będą po Marsie. Tymczasem ostatni człowiek wylądował na Księżycu w grudniu 1972 roku, a wyprawa na Czerwoną Planetę coraz bardziej jest odkładana. Najnowsze doniesienia mówią dopiero o roku 2030.
Oczywiście można zadawać pytanie, czy warto wydawać tak olbrzymie sumy pieniędzy na program lotów kosmicznych, gdy jeszcze jest tak wiele rzeczy do zrobienia na Ziemi. Globalny kryzys ekonomiczny, głód w krajach trzeciego świata, szerzące się epidemie w Afryce, degradacja środowiska – to argumenty racjonalistów mające nam wybić z głowy mrzonki o kosmicznej ekspansji.
Poniekąd mają rację. Jest wiele problemów, którymi należy zająć się natychmiast. Ale nie możemy okazać się krótkowzroczni i obecne cele nie mogą przesłaniać przyszłości. A ona pokazuje, że prędzej czy później będzie konieczna ekspansja ludzi w kosmos.
Przede wszystkim zagraża nam przeludnienie. Możemy mieć problem z dostępem do żywności w wyniku zwiększającej się populacji i erozji gleb, ale chodzi również o aspekt społeczny. Okazuje się bowiem, że nadmierna gęstość zaludnienia ma negatywny wpływ na społeczeństwo i nasila zachowania dewiacyjne. Zapomnijmy zatem o wizji naszej planety jako jednej wielkiej metropolii.
Kolejne zagrożenie to planetoidy. 65 milionów lat temu jedna z nich uderzyła w Ziemię i skutkiem tego było wyginięcie dinozaurów. Dopiero od kilku lat niebo patrolowane jest na bieżąco w poszukiwaniu groźnych naszego globu planetoid i komet. W sumie wykryto jak na razie 1200 potencjalnie niebezpiecznych obiektów. Na szczęście na obecną chwilę żaden z nich bezpośrednio nam nie zagraża, chociaż w roku 2029 Apophis (nazwa pochodzi od demona ciemności i destrukcji z egipskiej mitologii) minie ziemię zaledwie o włos. Jednakże zagrożenie ze strony planetoid cały czas jest realne i musimy być przygotowani do ewakuacji z macierzystej planety.
Wydaje się, że najlepszym rozwiązaniem jest kolonizacja ciał w naszym Układzie Słonecznym, ale nawet jak tam dolecimy, żadne z nich na obecną chwilę nie nadaje się do zasiedlenia. Z pomocą może przyjść terraforming, czyli celowe przystosowania obcego globu do warunków panujących na Ziemi. Najlepiej do tego nadaje się Mars i księżyc Saturna – Tytan. To jednak też jest rozwiązanie tymczasowe.
Za 5 miliardów lat Słońce zamieni się w czerwonego olbrzyma i pochłonie trzy najbliższe planety, w tym Ziemię. Po następnym miliardzie lat zamieni się w białego karła, później zaś powoli się wypali przestając emitować światło. To oznacza kres wszelkiego życia w Układzie Słonecznym.
Tak więc, prędzej czy później ludzkość będzie musiała opuścić naszą macierzystą planetę, następnie układ gwiezdny i poszukać sobie nowego miejsca we Wszechświecie. A jeśli nie wynajdziemy magicznego sposobu na uzyskanie trzeciej prędkości kosmicznej pozwalającej nam opuścić Układ Słoneczny będziemy musieli użyć dostępnej technologii.
Nad tym musimy pracować już teraz. Jeśli sobie odpuścimy rozwój kosmonautyki to popadniemy w stagnację, wszystko co już osiągnęliśmy odejdzie w zapomnienie, wyniki badań pokryje kurz.
Co prawda możemy liczyć na kosmitów, którzy przylecą z gwiazd i uratują nas w potrzebie. Ale czy to nie płonne nadzieje?
Od czasu do czasu spoglądam w niebo, zastanawiając się czy moje mrówki jednak nie sięgnęły gwiazd? Może znalazły jakąś planetę, gdzie rozwinęły cywilizację i kiedyś do nas przylecą, żeby uratować ludzką rasę.
Wówczas okazałbym się zbawcą ludzkości.

Reklamy