Druga ziemia1

Zdaje nam się zwykle, że mamy solidny grunt pod nogami, ale coś niewielkiego może spowodować, że spadniemy aż na sam dół. I jak się spadnie to już koniec. Już się nie da wrócić. Pozostaje tylko żyć samotnie w tym mrocznym świecie na dole.

Haruki Murakami „Po zmierzchu”

Kilka lat temu serwisy informacyjne obiegła sensacyjna wiadomość, że w układzie planetarnym oddalonym od nas 20 lat świetlnych, odkryto bliźniaczą Ziemię. Glob o roboczej nazwie „Gliese 581 g” okrążać miał czerwonego karła i posiadać dostateczną grawitację żeby utrzymać atmosferę. Według astronomów znajduje się ekosferze, czyli odległości od macierzystej gwiazdy, pozwalającej na utrzymanie wody w stanie ciekłym i rozwoju życia w znanej nam postaci. Gdyby tak rzeczywiście było, to jest niemal pewne, że na planecie powstałoby życie. A może ewoluowałoby tak jak na Ziemi i powstała tam cywilizacja? Zatem, kto wie czy nasi bracia w rozumie nie znajdują się bliżej niż byśmy mogli to sobie wymarzyć? Bo czymże jest te 20 lat świetlnych, przy ogromie całego Wszechświata? Z drugiej jednak strony, jest to dystans porażający jak na nasze technologiczne możliwości. Na obecną chwilę nawet lot do sąsiedniego układu gwiezdnego Alfa Centauri jest niemożliwy. Ludzkość może jedynie wypatrywać gości, lecz o wybraniu się z wizytą towarzyską może zapomnieć.
„Gliese 581 g” odkryto przy wykorzystaniu efektu Dopplera i danych ze spektroskopu o wysokiej rozdzielczości, spektrometru poszukującego planet metodą prędkości radialnej oraz teleskopów Kecka. Jednakże niezależna analiza danych wykonana przez zespół astronomów z Obserwatorium w Genewie nie potwierdziła odkrycia. Szkoda! Bowiem ja już miałem wizję błękitnej planety osnutej białymi obłokami. Wizję bliźniaczej Ziemi.
Traf chciał, że w tym samym czasie, gdy świat zachwycał się niespodziewanym odkryciem, ja miałem okazję trafić na film „Druga Ziemia”. Spodziewałem się kina science fiction poruszającego właśnie temat odkrycia planety poza układem słonecznym, która nadawałaby się do życia. Moje przypuszczenia okazały się nietrafione. Film przedstawiał zupełnie inne wątki i okazał się być dramatem obyczajowym, gdzie fantastyka była pretekstowa. I mnie oczarował…
Czasami, kiedy życie nam się rewelacyjnie układa, gdy jesteśmy zadowoleni, szczęśliwi, pewni własnej wartości i z ufnością spoglądamy w przyszłość wizualizując ją sobie jako pasmo sukcesów wystarczy jeden błąd żeby wszystko posypało się niczym domek z kart. I trzeba z tym żyć, z piętnem grzechu, z krwawiącym sumieniem, z życiem wywróconym do góry nogami, zmarnowaną przyszłością. Wówczas pozostaje olbrzymi żal, wściekłość na samego siebie, a na usta cisną się pytania. Co by było gdybym zachował się inaczej, bardziej odpowiedzialnie i nie zrobiłbym tego co zrobiłem? Czy istnieje takie miejsce, w którym wydarzenia potoczyły się innym torem?
Tego typu pytania można sobie zadawać podczas oglądania filmu „Druga Ziemia”. I chociaż nie znajdziemy nawiązania do teorii światów równoległych, ani wieloświatowej interpretacji mechaniki kwantowej Everetta skojarzenia nasuwają się same. Nagłe pojawienie się na niebie drugiej, identycznej Ziemi, z takimi samymi kontynentami na jej powierzchni, z identycznym Księżycem orbitującym wokół niej, odpowiednikami ludzi tam żyjących, nie jest jednak dla twórców filmu przyczynkiem do naukowych dywagacji na temat rozgałęziania się odnóg rzeczywistości tylko pretekstem do poruszenia tematu ludzkiej natury i przyjrzenia się emocjom jakie nami kierują. „Druga Ziemia” to opowieść o dwojgu cierpiących ludzi i o błędzie młodości, z którym główna bohaterka musi żyć i sobie poradzić. Film zadaje wiele pytań dotyczących psychiki człowieka. Jak trwałe są blizny doświadczanych tragedii, dokonanych zbrodni? Porusza zagadnienia odkupienia, kary, wybaczenia.
Niespieszna akcja przypomina uwielbiane przeze mnie powieści iberoamerykańskie, a niepokojąca muzyka, oniryczne sceny, tworzą niepowtarzalny klimat. Do tego dochodzi świetna gra aktorska. Brit Merling (Rhoda Williams) aktorka kompletnie mi nie znana wykreowała pełnowymiarową postać młodej dziewczyny z jednej strony obarczonej straszliwym piętnem, które już do końca życia będzie nosić w sobie, a z drugiej emanującej młodzieńczym urokiem. Natomiast William Mapother (John Burroughs) stworzył portret cierpiącego, pozbawionego chęci do życia, człowieka, który nagle budzi się z koszmaru i dzięki dziewczynie, sprawczyni swojego nieszczęścia, zaczyna na nowo odkrywać świat. Oszczędność ujęć, brak niepotrzebnej ekspresji aktorskiej powoduje, że opowiedziana historia nie epatuje ckliwymi scenami, a wyważonymi emocjami, które można przefiltrować przez rozum. Nic dziwnego, że film stał się przebojem zeszłorocznego festiwalu kina niezależnego Sundance.
Zaduma nad ironią losu, nad kruchością ludzkiego życia to coś, co dostaniemy podczas seansu „Drugiej Ziemi”.  Główna bohaterka zastanawia się, czy na odpowiedniku naszej Ziemi historia jej życia potoczyła się inaczej? Nurtuje ją pytanie czy tam postąpiła inaczej,  czy zachowała rozwagę kierując się rozumem a nie młodzieńczą brawurą? Co by było gdyby spotkała samą siebie? Co by powiedziała? Ostrzegłaby? Życzyła więcej szczęścia? Niedopowiedzenia każdy widz może interpretować dowolnie, według własnej osobowości i życiowych doświadczeń. To urok tego rodzaju kina.
Nie dostałem tego czego oczekiwałem, czyli filmu o odkryciu planety ziemiopodobnej, ani rozważań dotyczących równoległych wszechświatów. Nie żałuję. Cieszę się, że takie filmy powstają i bardzo bym chciał żeby kino z elementami science fiction szło w kierunku „Drugiej Ziemi” a nie w stronę holywoodzkich superprodukcji.
Często zapominamy, że tak naprawdę w filmie i literaturze nie ważne są wykreowane fantastyczne światy, skomplikowane fabuły, dynamiczne akcje, zagadnienia naukowe, ale najważniejszy jest człowiek i jego emocje. Ponieważ każdy z nas jest centrum swojego Wszechświata.

Reklamy