dinozaur3Wolność, po co wam wolność? Macie przecież telewizję!
Kult – „Po co wam wolność?”

Na początku chciałbym wam opowiedzieć co zdarzyło mi się pewnego ciepłego, lipcowego wieczoru. Otóż siedziałem sobie na peronie w Gdyni czekając na pociąg i czytałem książkę. Cisza, spokój, turkot kół przejeżdżających pociągów, jakże kojący i inny od dźwięków Beach Party, które dochodziły z plaży, gwałcąc niemiłosiernie moje uszy.
Nagle, na ławce obok mnie siadają dwie dziewczyny w wieku licealnym. Przyprowadziły ze sobą psa, który zwyczajem psów zaczął mnie obwąchiwać i łapą zaczepiać.
– Niech się pan nie martwi – rzecze jego właścicielka. – Ten pies łatwo nawiązuje relacje międzyludzkie.
Nie wnikałem jakim to sposobem pies, będący w sumie zwierzęciem, może owe relacje nawiązywać. Uśmiechnąłem się najsympatyczniej jak tylko potrafiłem i wróciłem do książki. Natomiast młode damy zaczęły obgadywać ludzi wchodzących na peron.
– Zobacz jaki gej idzie – rzekła jedna z nich wskazując palcem metroseksualnego młodzieńca w jedwabnej koszuli.
– Co ty homofobem jesteś? – spytała ta bardziej rozgarnięta, właścicielka psa.
– A co to znaczy, bo słownika nie mam?
– Spytaj tego pana – wskazuje mnie brodą. – Książkę czyta to pewnie wie.
Przezornie nie podnosiłem nosa znad książki.
– Ale to dziwne, nie?
– Co?
– No, że ktoś sobie tak siedzi i książkę czyta.
– No… dziwne.
– I to w sobotę wieczór!
W najlepsze toczyła się intelektualna dysputa, a ja trwałem w oczekiwaniu na dalszy rozwój sytuacji. Długo nie musiałem czekać. Właścicielka psa, wykazując się większą niż koleżanka śmiałością, bo być może od psa nauczyła się budowania relacji międzyludzkich spytała:
– A co pan czyta?
Pokazuję okładkę. Dziewczę nieporadnie próbuje odczytać tytuł.
– Eee… Epi… Epi… Epidemia wikarego Trzaski!
– Epifania – poprawiam.
– Epifania? – dziwi się. – A co to znaczy?
– Akt objawienia się bóstwa. Inne określenie teofanii.
– O kurwa!

Obserwując otaczającą mnie rzeczywistość, coraz częściej dochodzę do wniosku, że czytelnictwo przestało być normą (a może nigdy nie było i ten przywilej od zawsze był zarezerwowany wyłącznie dla elit?) a stało się pewnego rodzaju dewiacją, żeby nie napisać zboczeniem!
Nasza cywilizacja ewoluowała, podkreślamy to na każdym kroku, szczycimy się osiągnięciami gatunku ludzkiego, naszą kulturą. Nie jesteśmy już barbarzyńcami, dla których księgi to zło wcielone, a jedyne dla nich zastosowanie widzą jako opał na długie zimowe wieczory lub podpałkę pod stos. W dobie powszechności edukacji, dostępu do wiedzy, znajomości słowa pisanego, wydawać by się mogło, że książka jako taka będzie symbolem postępu, sztandarem, którym będziemy powiewali ogłaszając kulturalne zwycięstwo. A człowiek czytający w miejscu publicznym stanie się zjawiskiem tak pospolitym, jak nie przymierzając ryby w krystalicznie czystym jeziorze.
Nic bardziej mylnego.
Obecnie preferowany jest obywatel z amputowaną inteligencją, bez własnego zdania, osądu, konsumujący kulturę masową. Człowiek – ukierunkowany na bezmyślnego zombie przez telewizyjne reklamy, telenowele, reality show, teleturnieje, w których nie potrzeba wiedzy, żeby wygrać główną nagrodę, a wystarczy odrobinę szczęścia – jest idealnym członkiem społeczeństwa. Zmanipulowanym, grzecznym i pokornym. I lepiej żeby nie czytał książek, bo wówczas taki obywatel zacznie myśleć i wówczas narobi biedy. Zacznie zadawać pytania, szukać na nie odpowiedzi, podważy narzucony przez media styl życia, będzie negował prawdy absolutne, kontestował, buntował i wyrywał się poza ramy stereotypów.
A wszystko to dlatego, że przeczyta myśli innych. Myśli wyważone, podparte życiowym doświadczeniem, rozumem i inteligencją, bo to nie piętnastominutówka w TV, ale przeanalizowane, zredagowane słowa. Pozna życie innych – nie cukierkowe wyjęte z telewizyjnych reklamówek, w których ludzie są szczęśliwi, bo dziadek przywiózł na wigilię coca colę, ojciec na raty kupił nowy samochód, a matka wyprała rzeczy w tanim i skutecznym proszku – ale życie wypełnione prawdziwymi emocjami, czasami radosne, innym razem smutne. Pozna historie wymyślone lub autentyczne, ale nie owinięte w kokon poprawności społecznej, którą w kółko jesteśmy bombardowani.
Konsumuj! Konsumuj! – krzyczały podprogowe reklamy w filmie „Oni żyją” Johna Carpentera, w którym kosmici zdobywają władzę nad światem. Jednak nie czynią tego poprzez inwazję militarną. Kosmici upodabniają się do ludzi, zajmują miejsca polityków, dziennikarzy, biznesmenów i w ten sposób sterują społeczeństwem narzucając pewien styl życia. Dzięki temu mają stado bezmyślnych zombie, z których mogą czerpać energię. A może my, tak jak bohaterowie filmu Carpentera, znajdujemy się pod okupacją kosmitów i nic o tym nie wiemy? Trudno mi znaleźć inne wytłumaczenie dla społeczeństwa wyedukowanego, posiadającego nieograniczony dostęp do wiedzy, ale dobrowolnie zamykającego się w klatce ogłupiających seriali i medialnej papki.
A jeśli to nie kosmici? To w takim razie czytelnik jako taki jest po prostu innym gatunkiem człowieka i to gatunkiem na wymarciu. Co stanie się z ludźmi, którzy w pociągach, autobusach, na przystankach czytają książki, zamiast bezmyślnie wpatrywać się w przestrzeń przed sobą, ogłupiając się muzyką sączącą z mp3? Czy w takim społeczeństwie czeka ich los mamutów, dinozaurów lub ptaków Dodo? No może z tym Dodo, to zły przykład, bo to nieloty były, a czytelnik dzięki książkom wzbija się w przestworza wyobraźni, eksploruje nieznane tereny, chłonie nowe przestrzenie jakie się przed nim otwierają. Jest człowiekiem wolnym, jego wyobraźni nie da się spętać kajdanami popkulturowej papki, nie da sobie założyć kagańca zbudowanego na społecznej poprawności, nie będzie zjadaczem popcornu w kinie hipokryzji, bo taki człowiek myśli. Nie będzie powtarzał reklamowych sloganów niczym katarynka, prawd objawionych przez specjalistów od marketingu, lub truizmów wyjętych wprost  ze scenariuszy do telenowel. Taki człowiek formułuje własne poglądy, wyraża sądy i opinie w oparciu o własne przemyślenia.
Czy wraz z ostatnim czytelnikiem, zniknie ostatnia wolna myśl na świecie? Kto wie?
Może w następnym stuleciu w multimedialnym muzeum, którego eksponaty będą podpisane obrazkami, dzieci z zapartym tchem, z pewną dozą odrazy, spoglądać będą na zmumifikowany okaz człowieka siedzącego na peronie z nosem utkwionym w książce.

I na koniec jeszcze jedna anegdota. W 2010 roku będąc na obchodach Bitwy pod Grunwaldem przeciskając się przez wielotysięczny tłum usłyszałem przed sobą rozmowę dwóch młodzieńców. Wynikało z niej, że są studentami na wakacjach. Nagle jeden z nich rechocząc wskazuje drugiemu stragan z książkami i mówi:
– Patrz co za debile! Książki sprzedają.

Reklamy