Ebusiness Concept
Ludzie, którzy nie potrzebują innych ludzi, potrzebują innych ludzi, by im okazywać, że są ludźmi, którzy nie potrzebują innych ludzi.
Terry Pratchett

Dawno, dawno temu, gdy świat nie był tak barwny i kolorowy, a do naszej rzeczywistości wdzierał się szary i ponury ton socjalizmu wybrałem się na mecz Bałtyku Gdynia. Moja drużyna grała wówczas w ekstraklasie i podejmowała na swoim boisku Lecha Poznań. Przy wejściu na stadion zomowcy prewencyjnie walili każdego pałą po plecach nie patrząc czy to ultras, niedzielny kibic, który przyszedł obejrzeć widowisko piłkarskie, kobieta, wyrostek, dziecko. Takie działanie miał odstraszyć, wybić z głowy głupoty, powstrzymać od wzniecania burd, a przede wszystkim pokazać kto tu rządzi.
Myślałem, że czasy komuny odeszły w zapomnienie, niczym senny koszmar rozwiały się w blasku nadchodzącego świtu, a karanie ludzi za coś czego jeszcze nie zrobili pozostanie na zawsze w sferze science fiction jak w przypadku opowiadania Philipa K. Dicka „Raport mniejszości”. Myliłem się…
Social Media – to hasło powtarzane jest jak mantra nie tylko przez specjalistów od marketingu, polityków, celebrytów, dziennikarzy, ale również zwykłych użytkowników Internetu. Nie istniejesz jeśli nie ma cię na Facebooku, nie ćwierkasz na Twitterze, nie wrzucasz zdjęć na Instagramie. Każdy aspekt życia człowieka musi być zarejestrowany, odpowiednio opisany i zarchiwizowany w elektronicznym banku danych. I nie potrzeba do tego sztabu śledczych, tajniaków, agentów, bo każdy robi to z własnej, nieprzymuszonej woli i olbrzymim zapałem. Śmieszne wydają się być okrzyki oburzenia tych, którzy obawiają się ustawy inwigilacyjnej. Po pierwsze − dlaczego ktoś miałby tracić zasoby na śledzenie poczynań internetowych, zwyczajnego, nic nie znaczącego użytkownika sieci? Po drugie – oni i tak dokładnie zdadzą relację z tego co robili, gdzie byli, co jedli i z kim się spotkali, zamieszczając do tego odpowiednią dokumentację w postaci wpisów i zdjęć na portalach społecznościowych.
Inna sprawa, że już teraz dane z naszych IP wykorzystywane są w celach handlowych. Na podstawie historii wyszukiwań oraz częstości odwiedzania określonych stron WWW definiowane są nasze preferencje  i przedstawiane oferty handlowe specjalnie pod nas sprofilowane. To nie przypadek, że włączywszy sobie rano piosenkę Toma Waitsa na youtube po południu na witrynie informacyjnej nęci mnie reklama kupna jego płyty.
Internet już dawno temu stał się dla nas drugim światem, równoległym do rzeczywistości, przenikającym się z nią, a jednocześnie zupełnie odrębnym. Spędzamy w nim niemalże tyle samo czasu co w świecie realnym, niektórzy więcej, niektórzy mniej. Zawieramy znajomości przez sieć, dokonujemy zakupów, pracujemy, słuchamy muzyki, oglądamy filmy, rozmawiamy. Obecnie Internet to narzędzie pracy, źródło informacji, dostawca kultury i rozrywki, oraz – co najbardziej niesamowite − platforma dla relacji międzyludzkich.
Właśnie do sieci przeniosły się kontakty towarzyskie. Na różnego rodzaju komunikatorach, czatach, forach, serwisach społecznościowych ludzie rozmawiają, informują się nawzajem o swoich poczynaniach, wymieniają poglądami i nawiązują więzi. Budują swój internetowy wizerunek, w wielu przypadkach zupełnie różny od tego w świecie rzeczywistym.
Zamiast spotykać się twarzą w twarz, spoglądać na rozmówcę, czytać emocje malujące się na obliczu, rozszyfrowywać gesty, komunikaty niewerbalne, łapać niuanse w tonie głosu, skazani jesteśmy na wiadomości tekstowe, ewentualnie wzmacniane przez emotikonu. Budujemy relacje sterylnie chowając się za elektroniką. Czy można zatem mówić o tworzeniu się prawdziwych więzi międzyludzkich.
Człowiek jest stworzeniem stadnym. Potrzebujemy innych ludzi wokół siebie, żeby dzielić z nimi smutki i radości, żeby wspólnie stawiać czoła przeciwnościom losu, budować, zdobywać, doświadczać. Tak jak nasi dalecy przodkowie z epoki kamienia łupanego mamy potrzebę wspólnego siadania przy ognisku, grzania się jego ciepłem i ciepłem współplemieńców.
Paradoksalnie dzięki Internetowi, zbliżamy się do tego co było dawniej, do naszych pierwotnych instynktów stadnych. Przecież słynne „Lubię to!” na Facebooku to odpowiednik wzajemnego iskania. Otoczeni elektronicznymi gadżetami jesteśmy w stanie rozmawiać przy kawie jednocześnie klepiąc sms. Sprawdzamy pocztę elektroniczną, odbieramy prywatne wiadomości na portalach społecznościowych, przeglądamy wiadomości ze świata, w tym samym czasie dokonując zakupów w supermarkecie. Taka podzielność uwagi to powrót to naszych behawioralnych korzeni. Atawizm?
A może odzyskujemy tylko to co zostało nam odebrane w dobie rozpowszechniania się… czytelnictwa. Brzmi obrazoburczo? Pomyślmy. Przez tysiąclecia istnienia cywilizacji, umiejętność czytania posiadali nieliczni. To byli kapłani, ludzie nauki, możnowładcy. To oni pchali ludzkość do przodu, tworzyli intelektualna elitę. Wszystko zmieniło się w XIX wieku, gdy rozpowszechniła się książka. Ludzie ukryli się za fikcją literacką, przenosili się do wyimaginowanych światów i fabuł. Żyli życiem innych. Można zastanawiać się czy to eskapizm? Ucieczka od problemów dnia codziennego? Czy też korzystanie z mądrości i doświadczenia innych ludzi? Może się zatem okazać, że to co się obecnie dzieje, to nic innego jak powrót do normalności. A jeśli tak rzeczywiście jest, to wypadałoby iść z duchem czasów.
Rozpocząłem felieton wspomnieniem meczu piłkarskiego i prewencyjnym uderzeniem pałą po plecach za samo wejście na stadion. To wydarzenie przypomniało mi się, gdy postanowiłem wzmocnić swoją aktywność w social media i spotkała  mnie pewna, niemiła przygoda. Na Facebooku jestem już od kilku lat, teraz przyszła kolej na założenie kont na innych portalach społecznościowych. Zarejestrowałem się na Twitterze i jeszcze nic nie zdążyłem napisać, a już zostałem zbanowany! Za co? Za nazwisko? Za przyszłe przewiny? Może administratorzy posiadają dar prekognicji? Poczułem się jak przed laty, gdy przed meczem dostałem prewencyjnie pałą od zomowca.
Poinformowano mnie, że naruszyłem zasady i żeby przywrócić konto muszę podać numer telefonu. Uczyniłem to. Konto zostało odblokowane, a ja zostałem pouczony żebym więcej regulaminu nie  łamał. Do teraz nie wiem o co chodzi, bo nie naruszyłem żadnych zasad. Zomowiec jednak czuwa i za każdym razem gdy wchodzę na Twitter czuję na sobie jego podejrzliwy wzrok i instynktownie kulę się czekając na kolejny cios.

Reklamy