star trek3…boldly go where no man has gone before
Star Trek

Zastanawia mnie skąd twórcy filmów z gatunku science fiction czerpią swoje pomysły? I nie chodzi mi o fabułę, bo w tym przypadku wystarczy wziąć western, kryminał, baśń, lub nawet romans i wpasować w kosmiczną konwencję, ale o kreowanie świata. Mogłoby się wydawać, że do tego potrzebna jest wyobraźnia, twórcze myślenie, umiejętność wizualizacji i wyrwania się poza schematy jakie nakłada na nas przestrzeń trójwymiarowa. Nic bardziej mylnego.
Pomimo olbrzymich możliwości jakie oferuje współczesna technika filmowa oparta na blue boxach i efektach komputerowych, fantastyczne światy zbytnio nie różnią się od tego co znajdujemy w otaczającej nas rzeczywistości. Bohaterowie filmów SF przemierzają planety pustynne, lodowe, tropikalne, wodne, wulkaniczne, albo będące jedną wielką metropolią. Najlepiej to widać w całym cyklu STAR WARS Georga Lucasa. Wykreowane światy przypominają jakiś region geograficzny naszego globu. Czyżby brak wyobraźni filmowców? A może to widzowie nie są w stanie zaakceptować zbyt dużej odmienności? Nie od dziś wiadomo, że gdy czegoś nie możemy zaszufladkować, wpasować w ramy przestaje to być dla nas atrakcyjne. Zbytnia fantastyczność może okazać się dla widza niezrozumiała i dlatego twórcy starają się poprzez analogie zakotwiczyć jego wyobraźnię w realnym świecie.
Podobnie rzecz ma się z rasami zamieszkującymi wykreowane uniwersa. Zdaję sobie jednak sprawę, że ciężko przedstawić sugestywny obraz obcego bez uciekania się do tego co znane. W literaturze łatwiej, bo pewne rzeczy można zasugerować a czytelnik używając wyobraźni dopowie sobie resztę zgodnie ze swoim własnym gustem. Jednak w kinie nie jest to takie proste, gdyż obraz musi zostać dostosowany i zunifikowany do aparatu poznawczego każdego widza. Zatem w filmach możemy spotkać obdarzone inteligencją gady, wężowate poczwary wykluwające się z klatki piersiowej żywicieli, pajęczaki a nawet żarłoczne rośliny obdarzone rozumem – słowem, wszystko co można spotkać w ziemskiej przyrodzie. Ale najczęściej obcy przedstawiani są jako istoty humanoidalne, niewiele różniące się od ludzi, jakby to – Bóg wie czemu – miało stanowić kosmiczny ideał.
Klasycznym tego przykładem jest kultowy serial STAR TREK, gdzie wszyscy obcy nie dość, że fizycznie są do nas podobni i posiadają typowo ludzie cechy, to jeszcze biegle posługują się językiem angielskim nawet w najodleglejszych zakątkach galaktyki. Zatem scenarzyści musieli zadać sobie trud obdarzenia obcych charakterologicznym rysem. I nagle okazało się, że zamiast wyróżnika widzowie otrzymali całe spektrum zaburzeń psychicznych cechujące każdą z kosmicznych nacji.
Zacznijmy od moich ulubionych Klingonów, rasy wojowników wyróżniających się wypustkami na czole. Słyną z wielkiego męstwa, obsesyjnej chęci walki, a ich społeczeństwo funkcjonuje według brutalnych zasad, gdzie  rozwiązania kompromisowe uznawane są za słabość. Wszyscy wydają się mieć syndrom dziecka bitego, a co za tym idzie wpojony kult siły. Wiecznie chodzą wściekli, sfrustrowani, spięci, co może świadczyć o poważnych zaburzeniach nerwicowych. Można wyróżnić trzy przyczyny nerwic: wymagania społeczne, traumatyczne przeżycia i czynniki biologiczne. Wszystkie wydają się pasować do Klingonów. Rola społeczna wymaga od nich postępowania z honorem i bycia silnym w każdej sytuacji. Całe życie upływa im na wojskowych szkoleniach, wojnach, bitwach, które na pewno wywołują traumy. I jeśli założymy, że anatomicznie podobni są do ludzi, to mamy obraz całego, znerwicowanego społeczeństwa.
Wolkanie – to rasa wyglądem niewiele różniąca się od ludzi, tylko w odróżnieniu od nas mają szpiczaste uszy i zielonkawy odcień skóry. Wyróżniają się racjonalnym i logicznym myśleniem, chociaż z natury są porywczy i gwałtowni. Wyniszczające wojny, a co za tym idzie groźba wyginięcia całego gatunku zmusiły ich do wykształcenia w sobie umiejętności tłumienia emocji.  Można tutaj mówić o anhedoni indukowalnej gdzie jednostka w określonej grupie kulturowej lub religijnej podporządkowuje się wymogom powściągliwości emocjonalnej pozbawiając się radości i zadowolenia z codziennego życia. Wolkan cechuje makiawelizm – w psychiatrii cecha osobowości polegająca na braku uczuć wyższych, instrumentalnym traktowaniu innych i chłodnych relacjach interpersonalnych. Śmiało można powiedzieć, że to socjopaci.
Kolejną ciekawą rasą są Romulanie spokrewnieni z Wolkanami. Niektórzy z nich nie przyjęli filozofii tłumienia emocji i odlecieli z ojczystej planety zakładając własne imperium. Romulanie chodzą ubrani podobnie jak starożytni Rzymianie i tak jak oni wojują z całym światem. Ich głównym celem są podboje. Wszędzie upatrują wrogów, węszą spiski i mają urojenia prześladowcze. Toż to typowi paranoicy!
Ferengi to niska humanoidalna rasa o pomarszczonej skórze i olbrzymich małżowinach usznych, prawdopodobnie po to, aby móc lepiej słyszeć gdy mowa o interesach. Ich filozofia życiowa opiera się wyłącznie na chęci zysku. Kierują się prawami zapisanymi w księdze Zasad Zaboru, czyli jak sama nazwa wskazuje: rozboju i kradzieży. Przed dokonaniem „zaboru” typowy Ferengi odczuwa napięcie, jego świńskie oczka błyszczą, szczerzy ostre zęby, a po zdobyciu pożądanej rzeczy, towarzyszy mu uczucie odprężenia. Można zatem domniemywać, że Ferengi są kleptomanami.
Betazoidzi z wyglądu przypominają ludzi, a jedyną odróżniającą ich cechą fizyczną jest posiadanie czarnych tęczówek. Dysponują zdolnościami telepatycznymi i niemal cały czas siedzą w czyichś głowach. Do czego to może doprowadzić? Przyjrzyjmy się ambasador Lwaxanie Troi – niemłodej już kobiecie, która często przebywała na pokładzie „Enterprise” pod dowództwem Jean-Luca Picarda. Cechuje ją osobowość histrioniczna, charakteryzująca się przesadnym wyrazem emocjonalnym, teatralnością zachowań, staraniem o zwrócenie na siebie uwagi i prowokacją seksualną. Styl wypowiedzi jest nadmiernie impresjonistyczny, a ponadto osoby o zaburzeniu histrionicznym uważają związki za bardziej intymne niż są w rzeczywistości. Potwierdza się to w relacji Lwaxany z Picardem, który unika jej jak ognia. Nie wiadomo tylko czy można te zaburzenia przypisać całej rasie Betazoidów, bo jej córka Deanna Troi wydaje się być zupełnie inna. No, ale ona była w połowie człowiekiem.
Na koniec pozostawiłem tajemniczego – Borg. Nie jest to jedna rasa, a raczej kolektyw wielu. Każdy członek społeczności połączony jest z resztą tworząc wspólną świadomość. Członkowie Borg mają zagubione własne jestestwo i zachowują się jak katatonicy. Wszyscy współpracują dla wspólnego dobra, gdzie pojedyncza jednostka jest nieistotna. Przewrotnie można powiedzieć, że ich zaburzeniem psychicznym są zaszczepione nie wiadomo skąd idee komunistyczne. Wydaje się, że to oni mają najpoważniejszy problem.
Hasłem przewodnim cyklu STAR TREK jest: „śmiało dążyć tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek”. Jeśli ma to podbój kosmosu, a co za tym idzie integracja z obcymi, jak to przedstawia serial, to jestem pełen obaw. Nie mamy co liczyć na nowe, wspaniałe technologie, lekarstwa na nieuleczalne choroby, wymianę dziedzictwa kulturalnego, a jedynie na rzeszę świrów. Wygląda na to, że tylko psychoanalitykom przybędzie pacjentów.

 

Reklamy